dobre życie, Myślodsiewnia

Rzuciłam pracę w korpo… i wyjechałam do Czech

Jest niedziela, godzina 18.53. Zazwyczaj w tym dniu około tej godziny dopadała mnie lekka depresja. Boże, kolejny tydzień przede mną! Dlaczego weekend nie może trwać 5 dni w tygodniu?… Może wtedy byłabym w stanie wykrzesać z siebie entuzjazm na moment, kiedy ponownie trzeba będzie siąść do pracy. I nie, żebym pracować nie lubiła. Lubię. I nie, żebym swojej pracy nie lubiła. Też lubię. I choć nie jest to miłość pełna pasji, zdecydowanie jest lepiej niż było. Bo minął już rok. Rok od momentu, kiedy poprosiłam moją szefową do salki i wręczyłam jej białą kartkę z dużym napisem na środku: WYPOWIEDZENIE. Rok od kiedy rzuciłam pracę w korpo, a potem przeprowadziłam się do Czech. I co z tego wyszło?…

Pracę w korpo zakończyłam z bardzo mieszanymi uczuciami. Nie, ja nie z tych, którzy twierdzą, że korpo to ZUO tego świata. Zdecydowanie nie – praca w dużej międzynarodowej firmie, zwłaszcza w branży IT, to bardzo ciekawe i pouczające doświadczenie. Płaca stosunkowo niezła, ludzie zazwyczaj bardzo fajni, a możliwości rozwoju – naprawdę duże. Jeśli do tego dołączę wysoką elastyczność pracodawcy, możliwość pracy z domu, dojazdy do nowoczesnego biura na rowerze, owoce w biurze dla pracowników [raz w tygodniu, ale jednak 😉], to można by powiedzieć, że wygrało się los na loterii. To nie była zła praca.

 

Ziarno wątpliwości

Człowiek jednak się zastanawia. I kiedy każdy niemal poranek rozpoczynasz w biurze, patrząc z okna na inne biurowce lub zieleń otaczającą lotnisko i startujące oraz lądujące samoloty, zaczynasz myśleć. U mnie ta myśl pojawiła się nie po raz pierwszy. Spędzając w biurze min. 8 godzin dziennie 5 dni w tygodniu, większość aktywności poświęca się pracy. Warto, aby ta praca była jednocześnie pasją albo chociaż przynosiła poczucie spełnienia. Jakiś czas temu pisałam o tym, że już w wieku 18 lat było dla mnie absolutnie jasne, po co na ten świat przyszłam. Kolejnych 10 zajęło mi jednak zrozumienie, że to na tym i głównie na tym powinnam się skupić. Człowiek uczy się na własnych błędach: mnie zwiódł brak pewności siebie, chęć zdobycia niezależności, ale także poznania czegoś innego. Nie uważam tych lat za zmarnowane.

Korpo jako przystanek

Dlatego podejmując się pracy w korpo, od razu wiedziałam, że to nie moja bajka i że to tylko przystanek. Czerpałam, ile się dało – i dzięki wspaniałym ludziom, których spotkałam, i dzięki fatalnym decyzjom, które podejmowali moi przełożeni. Dzięki tym ostatnim wiedziałam już, czego chcę unikać. Decyzja o przeprowadzce w mojej głowie podjęła się dość naturalnie. Mój prywatny Czech, jak nazwa sama wskazuje, nie pochodzi z Poznania, ani nawet z Polski. Chcąc mieszkać razem, jedno z nas musiało ustąpić i wyjechać. Chęć przygody i poznania nowego miejsca sprawiła, że długo się nie wahałam.

Od roku więc jestem na swoim. Wyprowadziłam się do Czech, założyłam własną firmę, pracuję teraz z domu. Przy okazji, oprócz kraju, zmieniłam także branżę: obok bycia konsultantką SAP, stałam się tłumaczką. I jeszcze raz okazało się, że praca w korpo się przydała: bez doświadczenia z IT byłoby mi bardzo trudno tym właśnie się zajmować, bo tłumaczę głównie teksty z branży IT.

Co dała mi przeprowadzka?

Mniej i więcej stresu – paradoksalnie. Zdecydowanie mniej, ponieważ wreszcie nie muszę się frustrować faktem, że ktoś wrzuca mi na głowę zadania albo nudne jak flaki z olejem albo przerastające moje umiejętności. Więcej, ponieważ bez etatu człowiek uświadamia sobie, jak krucha jest stabilność finansowa. Nie chodzi o to, że etat ma o tyle więcej zabezpieczeń [tak, okres wypowiedzenia i chorobowe… jestem jednak zdania, że w przypadku trudnej sytuacji rynkowej tak czy siak szybko wylądujemy na bruku]. Teraz jeszcze bardziej widzę i czuję, jak każdy przepracowany dzień robi różnicę na koncie. Na szczęście dla mnie oznacza to tylko większą mobilizację.

Czeską rzeczywistość na co dzień! Dzięki temu mam jeszcze więcej inspiracji do tworzenia treści na bloga. Blog stał się moim głównym hobby, planem na rozwój i przyszłość. To właśnie pisanie od zawsze sprawia, że czuję w piersi dziwną lekkość i to pisanie pomaga mi czuć spełnienie. Bez względu na to, czy tworzę treści na bloga, łącząc je z podróżowaniem, czy piszę inne opowieści, niezmiennie sprawia mi to niesamowitą radość…

Plaża Wielbłąda w Santander

Co dalej na blogu?

Dlatego właśnie chcę się z Wami podzielić planami na rozwój mojego internetowego dziecka. Pomysłów mam aż nadto i wciąż jeszcze nie wiem, czym zajmę się najpierw. Niemniej jednak w przyszłości – raczej bliższej niż dalszej – pojawi się e-book. Na rynku jest wiele przewodników po Czechach – powiecie. Zgadza się! Naprawdę wiele z nich przejrzałam i przekartkowałam od deski do deski. Żaden w pełni mnie nie zadowolił. A ktoś kiedyś powiedział, że jeśli nie możesz kupić wymarzonej książki, musisz ją po prostu napisać.

Mój przewodnik – w postaci e-booka – ma umożliwić poznanie czeskiej rzeczywistości bardziej niż czeskich zabytków lub dat z czeskiej historii. Aż mdli mnie, gdy odwiedzając różne miejsca w Republice Czeskiej, otwieram przewodniki i w każdym z nich znajduję bardzo podobne treści, rozpoczynające się od podania serii nazwisk, wymieniające szereg niemożliwych-do-zapamiętania-dat i kończące się na szeregu stylów zabytków. Trochę przypomina to tradycyjne podejście do nauki historii: wykucie serii dat i niezrozumienie absolutnie niczego. A przecież w podróżowaniu nie o to chodzi.

Chciałabym, by otwarcie mojego przewodnika pozwoliło na zajrzenie na czeskie podwórko. Dlaczego właściwie nie chodzą do kościoła? Dlaczego język czeski taki podobny, a jednocześnie taki inny od polskiego? Czy u nich służba zdrowia działa lepiej i dlaczego? Dokąd jeżdżą na wakacje i dlaczego nie nad Bałtyk? Dlaczego piwo jest tak tanie i dobre? Dlaczego myślą, że w Polsce niebezpieczni są nie tylko kierowcy na drogach, ale także jedzenie? Jak gotują i czy w ogóle gotują?

E-book będzie podzielony na część opowiadającą o czeskiej mentalności oraz praktyczną, w której znajdziecie wiele przydatnych wskazówek, choćby takich, jak szukać noclegu albo kiedy i gdzie chodzić na jedzenie, aby nie stracić fortuny. Nie byłabym sobą, gdybym również nie dodała kilku propozycji tras wakacyjnych – czyli co można zobaczyć i jak, aby było zabawnie i przygodowo.

Co myślicie o takiej formie dzielenia się wiedzą o Czechach?

Dajcie znać w komentarzach.

M.