Myślodsiewnia, Podróże, Refleksyjnie

Big data w natarciu, a więc czas zmian

Tworząc hasło bloga, zastanawiałam się, po co właściwie się podróżuje. Gdzieś tam z biegiem lat doszłam do wniosku, że przede wszystkim po to, aby czegoś się nauczyć, coś nowego poznać, trochę zmienić perspektywę i wyrwać się w okowów znanej rutyny. Choćby tylko na chwilę i choćby po to, aby zrozumieć, że ludzie mogą żyć inaczej i też być szczęśliwi. Z tym zresztą założeniem zaczęłam pisać – aby upamiętnić moje refleksje. Tymczasem czas mija, a takich artykułów na blogu wile nie było. Czas to zmienić! Ogłaszam powstanie nowej serii blogowej, w której będę poruszać różne tematy, niekoniecznie związane z samym podróżowaniem, ale na pewno refleksją na temat bieżących wydarzeń lub świata, który nas otacza. Czasem to będzie coś, czego nauczyłam się w drodze, a czasem – z przeczytanej ostatnio książki. Dziś na tapetę biorę kwestię złożoną, nową, fascynującą – czyli czy w czasach big data ciągle możemy jeszcze mówić o wyborach wolnych i swobodnych?

Do czego nam ta demokracja?

Demokracja w nowoczesnej formie jest systemem złożonym i różnorodnym. Teoretycznie opiera się na prostej zasadzie: rządzi niewielka grupa ludzi, wybrana większością społeczeństwa, z poszanowaniem dla wcześniej ustalonych zasad. Jej praktyczne oblicza wyglądają jednak bardzo różnie: od szwajcarskiego modelu demokracji bezpośredniej z licznymi referendami, podczas których obywatele sami podejmują decyzje dotyczące ich kraju, po USA, w których dwie wielkie partie rozdzielają między sobą wygląd okręgów wyborczych w taki sposób, aby z góry było wiadomo, czyi kandydat w nich wygra (tzw. gerrymandering). Jak widać, system ten bywa różnorodny i nie jest wolny od wad; niemniej jednak często łączy się z wyznawanym poszanowaniem praw człowieka i gwarancją mniejszej lub większej swobody jednostki.

Wolne i swobodne wybory

Podstawą demokracji są wolne i swobodne wybory: to znaczy takie, w których kandydaci mogą swobodnie prezentować swoje programy, a wyborcy w pełnej wolności decydować, którzy bardziej im odpowiadają. Bardzo ważne jest także poszanowanie mniejszości i pewnych granic, których władza (jakkolwiek wielkim poparciem by się nie cieszyła)* nie może przekraczać. Przykładowo: rząd nie może nagle uchwalić – nawet jeśli chciałaby tego większość społeczeństwa – że leworęczni mają pracować również w weekend. Byłoby to pogwałcenie praw osób leworęcznych; a chodzi przecież o to, aby ludzie byli równi wobec prawa.

Oczywistym jest, że systemy te nie są doskonałe; w jednych krajach funkcjonują lepiej, w innych gorzej, demokracją będąc bardziej z pozoru niż w rzeczywistości. Z każdym rokiem, ba, miesiącem, pojawiają się nowe zagrożenia – takie, o których nam się jeszcze kilka lat temu nawet nie śniło. Nowe technologie umożliwiają rzeczy, które do niedawna były nie do pomyślenia; co fascynujące, nowe możliwości czasem są zupełnie nieoczekiwane. Tak było i tym razem.

Co to te big data?

Big data – ten obcobrzmiący termin chyba nie jest zbyt powszechnie znany, a co dopiero – rozumiany w społeczeństwie. Big data to dosłownie tłumacząc „duże ilości danych”. Danych o Tobie, i o mnie, o użytkownikach Internetu. Same w sobie i pojedynczo nie są pewnie niczym fascynującym: ot, Kasia lubi koty i uczy się rosyjskiego; Tomek chodzi na tańce i słucha muzyki latynoamerykańskiej, a Zosia angażuje się w politykę. To żadne tajne dane; nie chodzi przecież ani o PESEL, ani o numery kont bankowych; to dane, których nie taimy, a wręcz przeciwnie, takie, które stanowią częsty temat rozmów – wakacje na plaży, urlop w tropikach, zabawne zdjęcia kotów lub dzieci.

Sytuacja zmienia się jednak diametralnie, gdy weźmiemy pod uwagę dwa czynniki: 1. niewyobrażalną ilość tych danych oraz 2. możliwości analityczne nowych technologii, a konkretniej: sztucznej inteligencji i maszynowego uczenia. Te dwa czynniki połączyła brytyjska firma Cambridge Analytica, która świadczyła usługi analityczne i wykorzystywała wnioski z tychże analiz do tworzenia sprecyzowanych kampanii reklamowych, ukierunkowanych do wąskiego, specjalnie wyselekcjonowanego grona odbiorców. Co w tym niebezpiecznego? – zapytacie.

Problem polegał na tym, że baza danych, z których korzystała ta brytyjska firma, pozyskana była nielegalnie: to jest bez wiedzy i zgody ich właścicieli, w większości z facebooka. Facebook nie tylko o tym wiedział; facebook z tego właśnie czerpał największe zyski. Jak to wyglądało w praktyce?

Majstersztyk manipulacji

Zaprojektowano specjalny algorytm, który zbierał i przetwarzał dane zebrane z mediów społecznościowych i określał na ich podstawie profile poszczególnych osób. Na podstawie lajków stwierdzał, czy dana osoba ma określone poglądy i przypasowywał do jednej z kilku grup. Biorąc na warsztat USA i wybory prezydenckie 2016, wyodrębniono grupę wyborców, którzy nie mieli sprecyzowanych preferencji wyborczych. Następnie skupiono się na tych osobach z tego zbioru, które mieszkały w Stanach, w których szala zwycięstwa mogła przechylić się na każdą ze stron. Po określeniu tak dokładnej grupy bombardowano ją tysiącami różnych przekazów, dopasowanymi do ich osobistych preferencji: osobom lubiącym broń, pokazywano Trumpa, który wychwalał prawo do posiadania broni, osobom bojącym się imigracji – Trumpa opowiadającego o budowie muru na granicy z Meksykiem, itd. Nie było jednego spójnego przekazu – ale nie o to chodziło.

Celem nie było porwanie tłumów – celem było przekonanie tysięcy indywidualnych osób za pomocą indywidualnego, dopasowanego przekazu, który niekoniecznie był prawdziwy, ważne że – skuteczny. W ten sam sposób preparowano i rozprzestrzeniano także fake newsy – pokazując je osobom, które wytypowano jako podatne na tego rodzaju treści. W ten sposób konkretne osoby otaczano stworzoną tylko dla nich „bańką informacyjną”, która otaczała je zewsząd: w reklamach, postach, relacjach…

Czy to skuteczne? Lista krajów, w których różne ugrupowania polityczne korzystały z tego rozwiązania, jest długa. Niech to więc będzie odpowiedzią. Problemy, które z tego wynikają, są dwa.

Kradzież dziesięciolecia

Po pierwsze, nielegalne wykorzystanie danych o osobach. Aplikacja, która zbierała dane, potrzebowała na to zgody użytkownika; ta zgoda była jednak tak sformułowana, żeby aplikacja pobierała dane nie tylko o konkretnym użytkowniku wyrażającym zgodę, ale także o WSZYSTKICH jego znajomych. Tak, właśnie tak. Można było nic nie klikać, być ostrożnym i tak skończyć w bazie danych Cambridge Analytica. Ilu tych ludzi było? Według różnych źródeł: od 50 do 87 milionów.

No dobrze, powiecie – ale przecież koniec końców ludzi nikt nie zmuszał, by głosowali tak, czy inaczej. To oni sami podejmowali decyzję. Tylko czy faktycznie? Aby podjąć obiektywną decyzję zgodną z własnymi przekonaniami, trzeba by znać fakty. Tylko na podstawie faktów można podjąć faktycznie niezależną decyzję. W innym przypadku człowiek ulega manipulacji; zwłaszcza gdy cały czas otacza go bańka sztucznych informacji, skonstruowanych w taki sposób, aby trafić właśnie do niego, które w dodatku nierzadko mijają się z prawdą lub zostały pozyskane w sposób nielegalny.

Komu to na rękę

Po drugie, oprócz walk politycznych na poziomie krajowym, pojawia się również aspekt międzynarodowy. Manipulowanie opinią publiczną w krajach, w których w tak silny sposób wpływa ona na rządy (a w skrajnych przypadkach może doprowadzić do ich upadku), to bardzo wygodny sposób na osłabianie innych państw bez ani jednego wystrzału. Oprócz lokalnych autorytarnych polityków możemy z całą pewnością założyć, że te sposoby wykorzystują również inne państwa, w kontekście naszego skrawka świata, choćby Rosja. Wywołać chaos wcale nie jest trudno. Podzielić naród, wykorzystać niesnaski, znaleźć temat, który wywoła emocje i różnice zdań – to naprawdę nie jest żaden rocket science. Po co wydawać miliardy na działania wojenne, skoro pożądany efekt – osłabienia wroga – można uzyskać taniej, łatwiej, szybciej i w dodatku rękami przeciwnika?

Gorączka złota w erze Internetu

O tym, jak poważna to sprawa niech świadczy fakt, że firmy technologiczne, w tym facebook, Microsoft, Apple czy Alphabet (czyli Google) pod względem kapitalizacji giełdowej (czyli wartości giełdowej spółki) wyprzedziły sektor paliw. To może brzmi niezrozumiale, ale oznacza ni mniej ni więcej, że ich wartość giełdowa jest największa, że to właśnie w tego rodzaju firmy dziś inwestuje się najwięcej. Zdecydowanie pozostają jednak w tyle, jeśli chodzi o dochód lub wielkość – niemniej jednak pokazuje to bardzo dobitnie, w jakim kierunku rozwija się rynek. Tutaj czekają największe pieniądze i największe możliwości zarobków. A dane to paliwo firm technologicznych. Dane to nowe złoto. Nasze dane – a prawo do ich ochrony to nowe prawa człowieka, które jednak dopiero spisujemy i wprowadzamy w życie.

Na ratunek… RODO!

Czy cokolwiek nas chroni? Oprócz zdrowego rozsądku i ostrożności w sieci – co może okazać się zaskakujące – trochę tak. To prawo znamy wszyscy i większość prawdopodobnie zdążyła już je przekląć. To RODO – prawo ochrony prywatności konsumentów. To prawo, którego dziwne skutki mogliśmy obserwować w nieoczekiwanych miejscach, jak np. kolejka u lekarza, dotyczy WSZYSTKICH podmiotów, które w jakikolwiek sposób zbierają i przetwarzają dane obywateli UE. Facebooka także. Teoretycznie zapewnia nam prawo do kontroli, sprawdzenia, modyfikacji i usunięcia danych przechowywanych przez inne podmioty. Możemy także żądać od takich firm wyartykułowania, w jakim celu nasze dane zbiera i komu je przekazuje. To prawo to jednak w pewnym sensie awangarda, której wprowadzenie wywołało niemały popłoch wśród wielu organizacji, które przestraszyły się potencjalnych, bardzo wysokich, kar, które UE może na firmy nakładać. Pierwsze kary pojawiły się zresztą dopiero w tym roku; ich pełną listę możecie sprawdzić na stronie http://www.enforcementtracker.com/. Na szczycie pod względem wielkości kar króluje Wielka Brytania, która nałożyła karę na linie lotnicze British Airways (204 600 000 EUR) i Marriott International, Inc (ok. 110 390 200 EUR) oraz Francja, która ukarała Google’a (50 000 000 EUR).

Czas zmian

Odbiegając trochę od tematu – kwestia big data ma zastosowanie właściwie w większości branż – człowiek może potrzebować usiąść, gdy uświadomi sobie, jak wielki wpływ ta technologia może mieć na nasze codzienne życie. Przykłady? Telefon z banku po wykonaniu nietypowego przelewu, który nie pasuje do Twojego profilu i może być próbą kradzieży. Dostosowane do konkretnych klientów oferty ubezpieczeń w oparciu o dane na temat ich własnego stylu jazdy, zebrane przez ich własny telefon podczas prowadzenia auta (apka określa, czy nagle hamujesz, gwałtownie zmieniasz pasy, itp.) Sztuczna inteligencja podczas spotkań, która samodzielnie je rozpoczyna i ułatwia ich przebieg, rozpoznając uczestników, znajdując potrzebne dokumenty oraz spisując notatki podsumowujące kluczowe ustalenia. Automatyczne samochody, które prowadzą się… same. Medycyna na odległość. Wirtualna rzeczywistość, wykorzystana np. podczas oprowadzania klientów po domach, które mogą przed kupnem (i ich wybudowaniem!) obejrzeć… Magia? Nie. Rzeczywistość.

Chyba o tym jeszcze kiedyś napiszę 😊

PS Na koniec chciałabym dodać, że nie uważam, że facebook, big data, i inne nowe technologie to samo ZUO, którego należy zakazać, bo stanowi zagrożenie. W mojej prywatnej opinii to po prostu narzędzia – nowe, potężne, i wciąż się rozwijające – ale tylko narzędzia. Narzędzia mają to do siebie, że można je wykorzystać w różny sposób, zarówno dobry, jak i zły. Nożem też można pokroić dziecku jabłko albo komuś wbić go w plecy i zabić. Nie oskarżamy jednak noża o bycie wcieleniem zła. Oskarżamy tego, kto ten nóż trzymał. Z facebookiem jest tak samo. To nowe narzędzie, rozwija się każdego dnia, kraje i legislacja nie nadążają. Ale nadążą. Nasza w tym rola, aby te nowe zagrożenia dostrzegać i im przeciwdziałać, zanim lukę w bezpieczeństwie dostrzeże ktoś inny, na przykład takie prawicowe gnomy.

*Często bawi mnie argument używany przez popleczników partii rządzącej, których rusza krytyka artykułowana pod adresem poczynań rządu PIS. „To przecież partia, która wygrała wybory!”. Owszem. Ale wygrana wyborów nie oznacza, że rząd przestają obowiązywać reguły i prawo. Rząd może sobie rządzić TYLKO w ramach ustalonych zasad. Nie może ich sobie DOWOLNIE zmieniać – może to uczynić tylko w bardzo konkretnie opisanych okolicznościach. Wygrana wyborów nie daje legitymacji do rządów absolutnych. Przykład kraju, który sam w demokratycznych wyborach wybrał sobie reżim? Niemcy, rok 1933.

Informacje czerpałam z: