Po Europie, Podróże, Praktycznie

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Sama nie wiem, skąd mi się to marzenie pojawiło. Po prostu kiedyś kupiłam rower. To był mój pierwszy porządny rower od czasów komunijnych, czyli od mojego nastoletniego górala, którym jako dziecko pomykałam po osiedlu. Ten był zupełnie inny: trekkingowy, z żelowym siodełkiem i wysoką kierownicą, na którym człowiek siedział jak człowiek, a nie jak pełzł niczym wąż. Zaczęłam nim dojeżdżać do pracy – i kiedy do mojej głowy dotarło, że tym rowerem jeździ się wspaniale, bo jazda bardziej przypomina lot niż ciężkie zmaganie z pedałami, stało się. Zapragnęłam wyruszyć w trasę.

Marzenia i plany

Najpierw to miała być Szumawa. Tak, ta moja ukochana Szumawa. Zaczęłam kompletować sprzęt, jeździłam na rowerze codziennie ok. 20 km, planowałam trasę. Notabene, nadal mam ją zapisaną w moich sekretnych zapiskach na mapy.cz. Tylko że to był rok przeprowadzki, rezygnacji z pracy na etacie i jeden z najbardziej wyjazdowych okresów wakacyjnych mojego życia. Przez okres czterech miesięcy jeździłam gdzieś co chwilę – i na moje rowery, których realizacja wymagałaby ode mnie sporo planowania, zwyczajnie nie starczyło czasu. Przeprowadziłam się do Czech, a moje marzenie przysnęło gdzieś na dnie mojej głowy, czekając na lepsze czasy.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Zamiast lepszych przyszły jednak gorsze. Pandemia dała mi w kość, szczególnie pod kątem zbawiennego wpływu ruchu na moją głowę. Na to wszystko nałożyło się trochę zawirowań w życiu osobistym i w pewnym momencie stwierdziłam: pieprzę to wszystko. Wyjeżdżam!

Rowerem wzdłuż Bałtyku skąd pomysł?

Na rower, oczywiście. W międzyczasie naoglądałam się Karola z Kołem się Toczy, Hani z Plecak i walizka i Kasi z Fifty na pół – wszyscy oni albo robili coś fajnego związanego z wyprawami rowerowymi, albo pieszymi. Pojawiał się też motyw Bałtyku. Stwierdziłam, że to idealna trasa: gdzie lepiej zaczynać swoją przygodę z długodystansową wycieczką rowerową, jeśli nie nad płaskim morzem?!

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Na wiosnę zaczęłam planować. Pierwotnie myślałam, że pojadę sama, potem o wyprawie powiedziałam kilku dziewczynom. Wyprawa dziewczyńska – pomyślałam i to mi się spodobało. Taka, która da mi w kość, ale też pokaże, że nie z takimi problemami sobie poradzę. Taka, po której westchnę i stwierdzę: było grubo, ale chcę więcej! Gdzieś na miesiąc przed planowanym wyjazdem wróciłam do Polski, zaszczepiłam się, zaczęłam kompletować sprzęt i trenować. Niezbyt intensywnie, stopniowo, bo umówmy się – jeśli pandemia skłoniła mnie do jakiegoś treningu, to był to trening siedzenia na kanapie. Dzień planowanego startu się zbliżał, emocje rosły, a kolejne osoby się wycofywały. W pewnym momencie zostałyśmy dwie. Zamartwiałam się, czy to wszystko wypali, czy to nie był głupi pomysł, że co ja zrobię, jeśli zostanę z moim zamiarem zupełnie sama, jak będę spać, jak będę jechać, a co, jak złapię gumę albo zerwie mi się łańcuch?!…

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Możecie sobie wyobrazić te histerycznie zadawane i coraz wymyślniejsze pytania. Luby tylko słuchał, grzecznie potakiwał, a na koniec stwierdził, że nie mam panikować. Przecież jadę nad Bałtyk, a nie sama do Iranu. Tam mieszkają ludzie, którzy w dodatku mówią moim językiem. Czego się zatem bałam?…

Wyprawa, czyli pedałowanie wzdłuż morza

Nadszedł w końcu ten dzień – o wczesnej porannej porze ruszyłam na Dworzec Główny w Poznaniu, do którego mam też kilka dobrych kilometrów, co było sprawdzianem dla montażu całego sprzętu – jechałam z dwoma sakwami 20 l, małym plecaczkiem i namiotem. Z moją towarzyszką spotykałam się już w Kołobrzegu, skąd razem ruszałyśmy w stronę Gdyni, która była moim ostatecznym celem. Moja towarzyszka miała ze mną jechać 2-3 dni, potem dołączyć do mnie miała ekipa mieszana, czyli 3 innych nie-aż-tak-zapalonych-rowerzystów.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Miałyśmy z Marzenką dużo szczęścia. Pogoda była wręcz idealna do jazdy wzdłuż morza – dwadzieścia kilka stopni, świeża bryza, lekkie zachmurzenie i niemal zero deszczu. Trasa sama w sobie również wspaniała – odcinek trasy R10, czyli słynnego Eurovelo wokół Morza Bałtyckiego, w województwie zachodniopomorskim jest na wysokim poziomie. Ścieżka rowerowa to zazwyczaj asfalt lub przyjemny, odpowiedni pod rowerowe koło, bruk, ewentualnie krótkie odcinki szutru lub płyt jumbowych. Prawdopodobnie dlatego więc 70 km pierwszego dnia przejechałyśmy w fajnej atmosferze i zadowolone. Miałyśmy też szczęście do kempingów – pierwszej nocy spałyśmy na wypasie w kempingu Baltic w Kołobrzegu, drugiej na rodzinnym i maleńkim kempingu Przy plaży, który faktycznie był przy plaży, a trzeciej – na kempingu Morskim w Ustce (ten najbardziej przypominał słusznie minioną epokę komunistyczną). Wszędzie było jednak czysto i schludnie, a my ze spokojem mogłyśmy rozbić namiot, spiąć rowery i pobiwakować.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

W Ustce nastąpiła zmiana warty – moja droga towarzyszka podróży wracała do siebie, tymczasem ja miałam jeszcze poranek i przedpołudnie wolne – ekipa na dalszą trasę miała dojechać dopiero przed południem. Trochę więc wypoczęłam, poczytałam, wysłuchałam też króciutkiej audycji radiowej z moim udziałem (Tak! Pierwszy raz w życiu wystąpiłam w radiu jako „eskpertka od Czech”! ? Chwaliłam się tym oczywiście na fb i Insta, ale jeśli ominęła Was ta radosna nowina, to zachęcam do odsłuchania: program Meloradia o Czechach). I mimo, że dzień ten zaczął się tak dobrze, był to tylko dobry początek najtrudniejszego dnia całego wyjazdu.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Ścieżka rowerowa R10 w zachodnio-pomorskim a pomorskim

Zaczęło się od tego, że przegapiłam zjazd R10. W Pomorskim oznakowanie R10 uległo sporemu pogorszeniu i czasami można je było po prostu przegapić. O ile wcześniej zdążyłam się już przyzwyczaić do pomarańczowych tabliczek, tak teraz zmieniły się one w stare znaki namalowane farbą wiele lat wcześniej. Wyblakłe. Nie-rzucające-się-w-oczy. No i stało się, przegapiłam, zamiast tego poprowadziłam moją grupę (za radą innego rowerzysty, który chyba nie wiedział, czym jest R10 oraz że rowery obciążone sakwami/plecakami niekoniecznie nadają się na trasę MTB) na pieszy szlak przez wydmy. Na nasze szczęście był to szlak przez las, niemniej pierwszy odcinek 10 km zamiast kilkudziesięciu minut zajął nam… dwie godziny. A potem było tylko gorzej – tego dnia czekał nas bowiem odcinek przez Kluki.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Kluki to odcinek szlaku R10, który budzi spore kontrowersje: jedno go kochają, inni nienawidzą. Chodzi o relatywnie niezbyt długi odcinek, który poprowadzony jest przez bagna. W okresie suszy teoretycznie można przejechać przez nie drogą, w okresie mokrym – po kładkach. Kładki te jednak jakiś geniusz zbudował tak, że zjeżdżając z nich, można stracić nie tylko sakwy z roweru, ale również własne zęby. Zjazdy z nich kończyły się bowiem ok. 20-30 cm nad ziemią. Było ich kilkadziesiąt. Możecie więc sobie wyobrazić, że przejazd wymagał za każdym p-i-e-p-r-z-o-n-y-m razem zejścia z roweru i wprowadzenia/sprowadzenia go z takiejże kładki. Myśmy część bagien ominęli dzięki radzie pewnego miłego lokalsa, nie ominęliśmy jednak katorżniczego odcinka przez las, który romantycznie zwał się Złote Piaski. Jak możecie sobie wyobrazić, było na nim dużo piasku, średnio co 150-200 m tyle, że droga nadawała się wyłącznie do prowadzenia roweru, a nie jazdy. Dodajcie do tego tysiące gzów, much i komarów, które starają się Was w tym czasie pożreć i przepis na lekkie zdenerwowanie gotowy.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Udało nam się jednak i pierwszy dzień szczęśliwie zakończyliśmy o godz. 22, dobijając do naszego kempignu. To była pierwsza noc spędzona w domku, a nie namiocie – i muszę powiedzieć, że przywitałam ją z radością. Dzień też mocno dał się nam w kość; zrobiło się bowiem bardzo gorąco. Kolejnego ranka postanowiliśmy sobie trochę dopomóc i podjechać część trasy PKP. Łącząc więc pociąg i rower, w końcu dotarliśmy do cudnej Gdyni, która zauroczyła nas swoim centrum i nocnym życiem.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Wrażenia po wyprawie rowerowej

Podsumowując: przejechałam ok. 260 km na rowerze. Tak, wiem, częściowo pomogliśmy sobie pociągiem, nie zmienia to jednak w ogóle faktu, że postawiłam przed sobą wyzwanie, które było dla mnie czymś spoza strefy mojego komfortu i jednocześnie stanowiło moje marzenie – i je zrealizowałam. Możecie sobie wyobrazić to poczucie dumy i radości, gdy na koniec powiedziałam sobie: zrobiłam to! A skoro tyle przejechałam sama, to kto wie, co jeszcze mogę zrobić, jeśli tylko zechcę?… I taki właśnie był cel tej wyprawy.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Jak chodzi o przygotowanie fizyczne: ok. 3 tygodnie przed planowanym wyjazdem jeździłam na rowerze: stacjonarnym 30 min lub zwykłym ok. 1-1,5 h kilka razy w tygodniu. Oprócz tego nauczyłam się zmieniać dętkę (co wcale takie proste nie było!) i zdejmować/zakładać własnoręcznie koło. To była dla mnie chyba najtrudniejsza część całego przygotowania.

Praktyczne aspekty, czyli co spakowałam

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Jak chodzi o sprzęt, przede wszystkim zainwestowałam w porządne sakwy. Wybrałam te 20-litrowe sakwy firmy Sports Arsenal. Czy polecam? I tu następuje chwila zastanowienia – ogólnie tak, sprawdziły się, są pojemne, 2 x 20 l ze spokojem starczyło, aby zapakować sprzęt biwakowy, ubrania, jedzenie i sprzęt rowerowy. Są też wyposażone w regulowane na szerokość (!!!) stalowe haki – bardzo na plus. Niemniej po 3 dniach jazdy i pierwszego naprawdę upalnego dnia jedna z sakw… się rozkleiła. Nie żartuję, bezszwowe sklejenie puściło na długości ok. 30-40 cm wzdłuż worka. Ratowałam się taśmą izolacyjną, która doskonale trzymała i sakwę, i wszystkie drobiazgi wewnątrz aż do końca wyjazdu. Plus taki, że sklep, z którego zakupiłam, bez najmniejszego problemu i od razu wymienił mi ją na nową. Wiem też, że ogólnie sprzęt i sakwy tej firmy są polecane, więc mimo wszystko zaliczam na plus i raczej bym je poleciła.

Sprzęt

Zainwestowałam również w zapasowe dętki, łyżki do zdejmowania opon i zestawy do łatania dziur w dętkach; teraz dokupiłabym do tego zestawu jeszcze multitoola (na wyprawie wiozłam ze sobą ciężki jak cholera klucz) do rowerów. Miałam też trytytki (które przydały się kilka razy) i porządny stalowy łańcuch-zamknięcie (ponad 10 mm średnicy ogniwa; ponoć taka grubość sprawia, że do jego przecięcia nie wystarczą zwykłe kombinerki; niestety ustrojstwo też trochę ważyło). Na głowie rzecz jasna kask; zdecydowanie polecam też wziąć parę długich i lekkich spodni (leginsów) i podobnież cienką bluzę oraz czapkę. Ja po drugim dniu, mimo ciepła lejącego się z góry, musiałam się ubrać, bo miałam tak spaloną nogę (jedną – tą, na którą świeciło słońce w trakcie jazdy? i to mimo obfitego smarowania kremem z filtrem). Miałam też cieniutką kurtkę przeciwdeszczową i drugą kurtko-bluzę (nieodporną na deszcz), którą zakładałam, gdy robiło się zimno (a nocami/wieczorami na plaży potrafiło naprawdę przymrozić). Na piersi zawsze nerka z dokumentami i wszystkimi najbardziej potrzebnymi rzeczami.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Oprócz tego standardowe wyposażenie biwakowe: namiot, mata samopompowana (zapomnijcie o karimatkach! Ta mata to dealbreaker, wreszcie można się naprawdę wyspać w namiocie!), śpiwór. Za poduszkę robiła mi torba z ubraniami. Aha, jeszcze linka na wypadek, gdyby coś było związać czy zawiesić i wysuszyć. Miałam ze sobą również lampkę do namiotu (mała z Decathlonu w zupełności wystarczyła) oraz czołówkę i zapasowe dwie lampki do roweru. Wyposażyłam się także w ręczniki Decathlona (rozmiar L) i bardzo je sobie chwalę. Nie dość, że schną szybko, jak się dobrze nimi wytrzeć, to osuszają porządnie, to jeszcze… grzeją. Tak, jak mi było zimno, to owijałam się również ręcznikiem! Ze sprzętu elektronicznego – miałam także dwa powerbanki, w tym jeden ładowany energią słoneczną. Ładowałam go codziennie, wisiał sobie zapięty karabinkiem na bagażu na rowerze. Miałam także przedłużacz – ten się jednak nie przydał.

Jedzenie

Jak chodzi o jedzenie – nie woziłam go nadmiernie dużo, bo przecież nad morzem naprawdę co i rusz można coś zjeść. Wiozłam więc tylko prowiant śniadaniowo-kolacyjny oraz wodę. Oraz różnego rodzaju przekąski wysokokaloryczne – dobrze mi się sprawdzały batoniki z płatkami owsianymi, monte (które mogłam jeść dowoli!:D) i kabanosy. Oprócz tego wzięłam też porcjowane woreczki z musli i dokupowałam codziennie/co drugi dzień po jogurcie. Do zestawu dołóżcie malutki kubek i łyżeczkę. Wystarczyło w zupełności.

Rowerem wzdłuż Bałtyku

Ahoj!

Wyjazd ten na pewno będę wspominać jeszcze długie lata. Był wspaniały i różnorodny; mogłam nacieszyć się morzem i wybrzeżem, i po raz kolejny przekonać się, że nie cierpię tłumów w gorące dni w nadmiorskich miasteczkach! Okazało się jednak także, że można na wybrzeżu znaleźć, nawet latem, spokojniejsze zakątki i nacieszyć się ciszą i spokojem. Nauczyłam się także, aby nie ufać PKP – jeśli miałabym wskazać najsłabszy aspekt całego przedsięwzięcia, byłyby to właśnie pociągi. Nasza kolej co prawda jeździ, ale jej nadrzędnym celem bynajmniej NIE JEST dowiezienie pasażerów do celu. Najlepszym tego dowodem była sytuacja z Poznania – już podczas powrotu. Wyprowadzanie rowerów z pociągu zawsze chwilę trwa, tymczasem tego feralnego dnia konduktor dwukrotnie (mimo że widział nas, wiszących w drzwiach, właśnie po to, aby zapobiec ruszeniu pociągu) gwizdnął i pociąg dwukrotnie ruszył, zanim zdążyliśmy się z wagonu wypakować. Dopiero interwencja twarzą w twarz sprawiła, ze bałwan zrozumiał, że ma jeszcze pasażerów wysiadających z pociągu.

Mimo tego – bardzo, bardzo taki sposób wypoczynku polecam wszystkim, którzy lubią się troszkę zmęczyć. Satysfakcja jest nie do opisania! ?

M.

Rowerem wzdłuż Bałtyku