Lech a Czech, Mentalnie

Zrozumieć Czechów

Od kilku lat próbuję zrozumieć Czechów. Ha, od kilku lat, a może jeszcze trochę dłużej, usiłuję zrozumieć Polaków. Ci Czesi to wyszli trochę z przypadku, trochę z jakiegoś zrządzenia losu. Bo czasem łatwiej jest patrzeć na siebie oczami innych, przez czyjeś okulary.
No i co zobaczyłam?…

Środkowoeuropejskość

Czesi mają się jakoś tak lepiej. Patrzą na nas jak na tych dziwnych, trochę dzikich, trochę barbarzyńskich braci, którzy z jakiegoś niezrozumiałego powodu przyjeżdżają z północy i wrzeszczą pod monopolowym albo siedzą nad piwem i smutnym wzrokiem wodzą po hospodzie zanurzonej w sinym, papierosowym dymie.

Ostatnio przeczytałam, w genialnej swoją drogą, książce Ziemowita Szczerka, że Europa Środkowo-Wschodnia jest jak korytarz. Trochę tu słowiańskości, trochę egzotyzmu, trochę niemieckości, trochę południowości, trochę tureckości. Misz-masz. Właściwie nie wiesz, czym to jest, ta środkowoeuropejskość, bo gdzie się nie ruszysz, to jakieś wpływy, czyjeś ślady, wielka przeszłość, jakieś ruiny straszące do dziś.

Czeski świat

Więc Czesi od dawna mieli się lepiej. Niby własnego państwa nie mieli prawie tak jak my – a jednak inaczej. Byli jednak częścią Imperium i to tą przodującą. To oni nieśli kaganek oświaty, choćby na wschód, na tę biedna Słowację. To oni rozwinęli przemysł i prężną gospodarkę, które były łakomymi kąskami choćby dla takiego Hitlera. To oni w końcu nie byli mięsem armatnim dla tego ostatniego, ani robakami, które należy zmieść, tylko cenną siłą roboczą. Bo a. znali się na swoim fachu w swoich fabrykach, b. nie było ich wielu. Mieli się więc lepiej.

Pamiętam do dziś, ja, trzydziestoletnia niemal kobieta, jak Tata opowiadał, że z Czech to przywozili keczup, bo lepszy był [notabene, do dzisiaj jest]. Że dresy jakieś, ubrania, bo lepsze, ba, bo w ogóle były, a u nas nie. Babcia moja do dziś wspomina parówki w Pradze, które zjadła u rzeźnika pewnie z trzydzieści albo czterdzieści lat temu. Do dziś też opowiada, że nie potraktowali jej tam dobrze, bo Polka.

Kto lepszy

Ten kompleks niższości i poczucie wyższości – to bardzo ciekawa i prosta w gruncie rzeczy sprawa jest. Chociaż na co dzień tak przezroczysta. Centrum rządzi, w centrum są pieniądze, w centrum są wpływy: i te polityczne, i te finansowe, i te kulturowe wreszcie. Kto centrum, ten lepsiejszy. I teraz kto od niego dalej, tym czuje się gorszy, a żeby sobie to poczucie gorszości odbić, tym bardziej gardzi tym, kto od centrum jeszcze dalej, kto jeszcze bardziej ze wschodu.

Czesi chyba dlatego mają w sobie tę nutę lekceważenia, to echo wyższości, kiedy mówią o Polakach. Nie, żeby zawsze, i broń Boże nie uogólniajmy. Nie mniej jednak gdzieniegdzie się to pojawia.

Kto gorszy

Polacy mają to samo zresztą – przypomnijcie sobie, co się u nas mówi o Ukraińcach, z jaką nutą, w jakim kontekście. To oficjalnie jest be, nie mówi się tego głośno, ale podskórnie wyczuwa to pewnie każdy z nas.

Pamiętam jeszcze to zdziwienie i ich zszokowane oczy, kiedy czeskim znajomym powiedziałam, że w Poznaniu w komunikacji mamy darmowe wi-fi [notabene, to kolejna iście polska rzecz: po cholerę mi tym autobusie wi-fi, skoro z pracy do domu jadę nim półtorej godziny?! Chyba żeby sobie umilić tracenie życia w korkach…].

I co? I w wielu aspektach mają rację. Polacy to mistrzowie pozerstwa, zastaw się a postaw się, po cholerę mi to wi-fi albo ekskluzywne tramwaje, skoro jeżdżą tak rzadko, że nie spełniają podstawowej swojej funkcji, czyli dowiezienia mnie na miejsce na czas? Po co nam pamięć o Konstytucji 3 maja, skoro teraźniejszej nie rozumiemy i nie stosujemy? Po co nam świętowanie stulecia niepodległości, skoro tę odzyskaną wolność sami sobie zabieramy?…

Polska specjalność

Więc Czesi mają jednak sporo racji w tym swoim litościwym spojrzeniu. Oni nie rozwinęli się w ciągu ostatnich 29 lat tak spektakularnie jak Polska, nie mają tylu gadżetów, Internet w komórkach mają kilkukrotnie droższy, a tramwaje to często pamiętają jeszcze poprzednią epokę. Zapyziałą i śmierdzącą. Ale wciąż w nich jest jakaś pozostałość, jakaś rysa po dawnym, wspaniałym, lepszym. Objawia się to na przykład szacunkiem do policji. Albo szacunkiem policji do obywatela. Brakiem takiego zwykłego kurestwa codziennego i powszedniego. Poczuciem, że urzędy są po to, by im służyć. Państwem funkcjonującym po prostu.

Czy to pozostałości po niemieckości? Czy to ta niemieckość ichnia właśnie się tak objawia?…

Pewnie tak. Raczej na pewno, bo słowiańskość to raczej w dzikości się objawia. I w „jakoś to będzie”. Zresztą, czy to ważne?

Ważne, że im działa. Funkcjonuje jak dobrze naoliwiona maszyna.

Śmieszne to takie – bo przecież oni ani tacy otwarci, ani tacy nowocześni jak my. To raczej taka wyspa, do której owszem, przyjeżdżają cudzoziemcy, ale mentalność Czechów ewoluuje jednak bardzo powoli, raczej została gdzieś tam, dawno, w minionej epoce. Zresztą, po co zmieniać, jeśli działa to w miarę dobrze?… Mają więc ten swój spokój, ten swój Hobbiton, cichy, piwem i winem płynący, zawieruchy za bardzo ich się nie imają, a przynajmniej nie na tyle, by zmusić do dramatycznych decyzji rzesze ludzi i trwają.

A my przyjeżdżamy: kolejne pokolenia usiłujące związać koniec z końcem, opowiadające o jakichś podłych Rosjanach, wrednych Niemcach, utraconej wolności, spadających/wybuchających samolotach, międzynarodowych spiskach i takich tam.

Naprawdę dziwicie się, że patrzą na nas jak na przybyszów z innego świata?…

 

PS A książkę Szczerka szczerze polecam: zobaczcie zresztą sami.