Czechy praktycznie, Gdzie zjeść

Czeska knajpa w Poznaniu

Ostatnio zasiedziałam się w domu. Ech, walizka stoi i stoi za szafą, a ja jakoś nie mogę wyruszyć. Wyjazd już co prawda zaplanowany, urlop ustalony z szefem i mimo że zbliża się z każdym dniem, to ten czas oczekiwania trochę mi się dłuży. Postanowiłam więc niedawno przypomnieć sobie trochę czeskich klimatów, gdyż w Poznaniu… otworzyli czeską knajpę.

Serio! Nazywa się Dřevný Kocůr i udaje najprawdziwszą czeską hospodę. Nie tak dawno temu zawitałam w progi tego przybytku i nie omieszkam dziś Wam o tym krótko opowiedzieć.

Miejsce jest całkiem przyjemne: czyste, przestronne, nowoczesne. Trochę hipsterskie, jak na moje oko i choć zazwyczaj mi to nie przeszkadza, tu już od wejścia trochę mnie to zaskoczyło. Obsługa miła, patrzyła na nas tylko trochę dziwnie, ale o tym za chwilę.

IMG_20170429_163732
Miła przystawka w postaci ogórków i kapusty

Knajpa fajna, ale czy czeska?

Zanim powiem Wam, dlaczego knajpa fajna, ALE…, muszę chyba wspomnieć, co mam na myśli, mówiąc „czeski klimat”. Nie chodzi o zapach cebuli albo klejące się stoły; nie chodzi nawet o lane z kija piwo albo wyraz zaufania, jakim jest zapisywanie liczby wypitych piw na karteczce pozostawionej na stole, przy którym siedzą goście. To wszystko są oczywiście części składowe większej całości: atmosfery luzu? Swobody? Radości? Brnę teraz trochę w banały – nie mniej jednak, zdecydowanie brakuje tam napięcia i nadęcia, które czasem wyczuwa się w restauracjach. Czasem wręcz ma się wrażenie, że weszło się przypadkiem do czyjejś piwnicy albo ogrodu, gdzie właściciel akurat ustawił kilka krzeseł i sprzedaje piwo. To jest właśnie hospoda. Miejsce, gdzie spotykają się ludzie, taki bar de esquina de toda la vida, jak mawiają Hiszpanie, czyli taki, który odwiedzają zawsze – nie dlatego, jak jest szykowny, ale dlatego, że jest blisko i był tam zawsze.

Cóż. Dřevný Kocůr takim miejscem nie jest; nie może byc, to w końcu restauracja w centrum. Nie mniej jednak próbuje trochę taki styl udawać, co niekoniecznie działa na jej korzyść. Przechodząc jednak do konkretów…

IMG_20170429_163723
Wariacja nt. svičkovej

…czyli co zagrało, ALE…

… jedzenie ‚ bo po to w końcu tam się pojawiliśmy. Jedzenie w karcie brzmi typowo czesko i rzeczywiście okazuje się knedlikiem z gulaszem lub svičkovą – ale tak naprawdę jest to bardziej wariacja na temat, niż faktycznie czeska kuchnia. Próbując svičkovej miałam wrażenie, że zamówiłam deser – tak była słodka. Do tego niestety w karcie nie było ani jednego  typowo czeskiego deseru – wiadomo, nie jest to na tyle popularne i „sprzedajne”, jak desery włoskie, które ni z tego, ni z owego pojawiają się w karcie, nie mniej jednak – skoro knajpa nazywa się czeską, to chociaż jeden czeski deser by się przydał.

…picie. Piwo: z kija i czeskie. Koncerniak, ale dobrze spłukał słodycz głównego dania. No i do tego – mają Kofolę z kija! Tego Panie Dziejku nie uświadczysz za często po tej stronie granicy, dlatego chapeau bas! Czegóż więcej chcieć? (Pytanie retoryczne, jednakże spieszę z odpowiedzią: pszenicznego piwa z Pegasa w Brnie 😉

IMG_20170429_163727
Knedlik z gulaszem

…karta menu. Tutaj autor zdecydowania poszalał. Być może nawet coś zapalił przed rozpoczęciem pisania. Nazwy dań bowiem nie są napisane ani po polsku, ani po czesku. Po angielsku również nie, gdyby komuś z Was przyszłaby do głowy ta możliwość. Jest to przedziwna mieszanka polsko-czeska (czeskie nazwy spolszczone w sposób dziwny i zapisane z polską fonetyką). Na tyle oryginalna, że znając mniej lub bardziej oba języki musiałam się troszkę wysilić, by zrozumieć, co autor miał na myśli. Nazwy dań odczytałam, ale myśli przewodniej do dziś nie zrozumiałam.

…obsługa. Nie będę się pastwić, ale… ALE! Czeska knajpa, w karcie jak byk stoi svičková, jest to jedno z najbardziej sztandarowych dań tradycyjnej kuchni czeskiej, którą Dřevný Kocůr chciałby serwować, a pani kelnerka po usłyszeniu nazwy svičková patrzy na mnie i patrzy, a jej oczy przypominają coraz większe spodki. Każe mi powtórzyć kilka razy, a kiedy pokazuję jej nazwę dania w karcie, z ulgą wykrzykuje: „A, pieczeń!” Cóż. Może to tylko ja sobie wyobrażam, że w czeskiej knajpie kelnerka powinna znać nazwy czeskich dań. A może jestem naiwna.

Podsumowując: dużo nienajgorszego jedzenia za nie bardzo wielkie pieniądze w czystym i przestronnym pomieszczeniu. Ale Czech to tam ze świecą szukać.

A na svičkovą to zapraszam jednak za południową granicę.

PS Logo wpisu to logo restauracji: http://drevnykocur.cz/

Reszta zdjęć mojego skromnego autorstwa, smartfonem dokonana.