Czesi na widelcu, Dobre miejscówki, Gdzie postała moja stopa

TOP 5: Brno na językach

Kochani moi,

sporo wody upłynęło w Svratce i Svitavie od ostatniego wpisu. Pogoda wreszcie zrobiła się wiosenna, nastało słońce i wszechogarniająca ochota przebywania na dworze. Ciężko w takich warunkach siedzieć w domu, zwłaszcza, że przede mną perspektywa być może ostatniego miesiąca w Czechach.

Sporo się w ciągu tych ostatnich tygodni działo; koniec końców podejmujemy z Lubym decyzję o przeprowadzce do Polski (tak, wiem, szaleństwo, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecną sytuację). Nie jest to decyzja nieprzemyślana, nie jest też ostateczna. Kto wie, dokąd nas koniec końców zaprowadzi.

Tymczasem chcę z tych ostatnich tygodni wycisnąć, ile się da – dla Was również. Dlatego dziś rozpoczynam małą serię – Wielka Piątka: Brno, czyli co trzeba koniecznie zobaczyć i posmakować, kiedy przyjedzie się do stolicy Moraw. Na pierwszy ruszt wrzucam, a jakże – jedzenie!

  1. Burger Inn (klik)

Tak, tak, Czechy Czechami, Morawy Morawami, i czas na knedlika na pewno podczas Waszej wyprawy nastąpi. Jakkolwiek nietypowo brzmiałaby ta propozycja, warta jest rozważenia. Maleńka knajpka, wykończona w stylu hipsterskim, specjalizująca się w kilku rodzajach hamburgerów, do których dodawane są własnej produkcji frytki oraz sosy. Palce lizać!… Cena być może nie jest najniższa (podobnej jakości hamburgery w PL kosztują mniej więcej połowę mniej), niemniej jednak jeśli chcecie w Brnie zjeść naprawdę dobrego burgera, to jest odpowiednie miejsce.

Polecam zamówić na wynos – danie zostanie zapakowane w urocze papierowe torebki – i wybrać się na Spilberk, by skonsumować to cudo z widokiem na rozległa panoramę Brna. Przy odrobinie szczęścia będziecie mogli dojrzeć Palawę – początek Karpat!

2. Pegas (klik)

Klasyk klasyków. Najbardziej tradycyjna kuchnia czeska w pięknej i eleganckiej oprawie (eleganckiej w rozumieniu hospody; nie spodziewajcie się srebrnej zastawy i obrusów) – dobra na bardziej uroczyste spotkania lub gdy chcecie być pewni dobrej jakości jedzenia i piwa. Do tego Pegas warzy własne piwo! Kadzie* możecie podziwiać w dużej sali; dostępne są pomieszczenia zarówno dla palących i niepalących.  Idealna na wizyty gości z Polski, którzy mają już pewne wyobrażenie o czeskiej kuchni – Pegas ich podniebień na pewno nie zawiedzie. Ceny są trochę wyższe od standardu, ale jest to jednak w samym centrum, do tego jest to restauracja hotelowa. Tak więc: jeśli Svickova i knedlik, popite wybornym piwem, to Pegas będzie dobrym wyborem.

3. Vytopna (klik)

Nie jest to jedyna tego typu hospoda (możecie je odnaleźć także w Pradze) – niemniej jednak na pewno jednak jedna z bardziej oryginalnych, gdyż tam piwo dowiedzie Wam… pociąg! Tak, nie przesłyszeliście się: Vytopna jest jedną wielką pociągową makietą. Tory jeżdżą między stołami, przez mosty zwodzone nad korytarzami, rozwożąc gościom zamówione napoje. Kuchnia bez zarzutu; polecam ze względu na wyraz twarzy Waszych mniejszych lub większych miłośników kolei, kiedy piwo przyjedzie do nich w wagoniku. Na specjalne życzenie i za dodatkowy uśmiech pani kelnerka posyła każdy napój osobno, by wrażenia były większe.

4. Bar ktery neexistuje, czyli Bar, który nie istnieje (klik)

Wbrew nazwie Bar, który nie istnieje istnieje i ma się bardzo dobrze. To wspaniałe miejsce na oderwanie się od piwnego zmęczenia, które może Was dopaść po kilku wieczorach w Czechach, bowiem Bar specjalizuje się w serwowaniu drinków. Cały mig polega na tym, że w karcie drinki nazwane są  imionami słynnych gwiazd Hollywood, oddając rzekomy charakter owych osobistości. Mamy więc słodką Julię Roberts albo melancholijnego Leonardo DiCaprio. Jeśli najdą Was wątpliwości co do pożądanego charakteru Waszego drinka, zdajcie się na kelnera – bez wątpienia jednym rzutem oka oceni,  jaki typ drinka najlepiej dopasuje się do Waszej osobowości. Do tego można tam naprawdę dobrze zjeść – jeśli będziecie potrzebowali podkładki pod kolejne kolorowe koktajle – polecam posmakować jednego z kilku dostępnych hamburgerów.

*Właściciele Baru, który nie istnieje nie tak dawno otworzyli w Brnie drugi lokal: Super Panda Cirkus. Jest to o tyle ciekawe miejsce, że o ile nie wiecie dokładnie, gdzie i jak go szukać, nie macie szans się do niego dostać, gdyż nie reklamuje go żaden szyld. Wejdą tylko bywalcy lub ci, których bywalcy postanowią wprowadzić w tajemnicę Cirkusu. Do drzwi należy zadzwonić i poczekać – kelner(ka) doprowadzi Was do stolika, znajdującego się w zaciemnionej czeluści lokalu. O jedzeniu oraz napojach się nie wypowiadam – niestety nie udało mi się jeszcze do niego dostać. W każdym bądź razie – jeśli macie ochotę na dreszczyk emocji odkrywcy, polecam to miejsce.

5. I numerem piątym będzie… numeru piątego właśnie nie ma.

Dlaczego? Ano dlatego, że autorka mimo deklarowanych pięciu punktów nie jest w stanie wybrać ostatniego – najlepszego miejsca. Tak naprawdę Brno to jeden wielki, żywy i pulsujący organizm, pełen miejsc godnych polecenia zapewniających smakowe odloty. Jeśli jednak muszę na coś jeszcze się zdecydować, polecę restaurację Vesela Vacice (klik). To niewielka restauracja w samym centrum, położona o tyle blisko, co tajemniczo – żeby ją znaleźć, trzeba wiedzieć, gdzie szukać. Wystrój nie powala, do tego niestety z dużą dozą prawdopodobieństwa prześmierdniemy zapachem (tfu, smrodem!) papierosów – niemniej jednak kuchnia jest warta tego poświęcenia. Szczególnie polecam zupę kyselice; swego czasu przyprawiła mnie o doznaniowy zawrót głowy; jest to jednak danie sezonowe – także o ile ją w menu zobaczycie, możecie uważać się za szczęściarzy. Po jej spróbowaniu Wasze życie już nigdy nie będzie takie samo…

Czy coś pominęłam? Z całą pewnością tak. W Brnie odsetek lokali na metr kwadratowy znacznie przewyższa normę, być może jest nawet wyższy od odsetku tablic pamiątkowych na metr kwadratowy w Polsce. Dlatego, kiedy już znajdziecie się w tym wspaniałym (choć niepozornym!) mieście, najlepsze, co możecie zrobić, to nieco się pobłąkać i pozwolić, by nogi same Was zaniosły do najbliższej z hospód… Będzie to na pewno pierwsza, nie ostatnia – bo z ostatniej to pewnie Was już wyniosą…

alfa