Dobre miejscówki, Gdzie postała moja stopa

Magiczne miasto…

…na granicy światów. Konkretnie, dwóch: polskiego i czeskiego. Choć tak naprawdę to świat jest tam jeden, magiczny, a przekracza się go wraz z minięciem tabliczki: Cieszyn.

To już wiecie, dokąd zawędrujemy dzisiaj!

20150816_151917

Zaczęła się nowa niezwykła pora roku, a wraz z nią nadszedł czas na nowe pomysły. Pomysł ten będzie bazował m. in. na zabieraniu Was w różne intrygujące miejsca i snuciu o nich jeszcze bardziej wciągających opowieści. Na pierwszy ogień idzie Cieszyn vel. Český Těšín, w którym nie tak dawno temu postała moja stopa.

20150923_180724

Cieszyn jest o tyle niezwykły, że należy do wąskiego grona miast, które z natury swej są wielokulturowe, wręcz zmuszone do obcowania z obcością i z niej czerpania pełnymi garściami. Ludzie tutaj tak naprawdę nie wydają się ani Polakami (prawdziwych Polaków z Cieszyna z góry uprasza się o wybaczenie),  ani Czechami. Oni są po prostu swoi. Nie wierzycie? Spróbujcie kupić bilet u lokalnego kierowcy autobusu! Pan był bardzo uprzejmy i miło się do mnie uśmiechał, nie zmieniło to jednak faktu, że z jego przemowy nie zrozumiałam ani słowa. Powtórzę: ani słowa. Domyśliłam się, co mógł powiedzieć, popatrzyłam na cenę wyświetloną na kasie, poprzytakiwałam i zapłaciłam. To tyle na temat lat nauki języków, w tym i polskiego, i czeskiego.

Skąd właściwie jednak ta czeskość i ta polskość, stłoczona na niecałych 30 km²?

20150923_204704

Cieszyn był od zarania słowiański; raczej czeski niż polski. (Chętnych na pikantne szczegóły wraz z datami zapraszam na Wikipedię: klik) Granica, jak to granica, zmienną jest i raz wytyczana była bardziej na południe, innym znowu razem bardziej na północy (od XIV w. do XX jednak było to pod panowaniem Czechów). W końcu jednak, gdy oba nowopowstałe państwa (ówczesna Czechosłowacja i II Rzeczpospolita) chciały położyć łapy na mieście, granica wyrysowana na mapie została na rzece Olzie, biegnącej na ziemi przez środek miasta. Czesi faktycznie słusznie poczuwali się, że Cieszyn historycznie należy do nich; niemniej jednak większość obywateli stanowili Polacy. Stąd spór; Czechom dostała się lewobrzeżna część wraz z dworcem (niezwykle strategicznie istotny węzeł komunikacyjny pomiędzy Bohuminem a Koszycami  – czyli jedyna linia kolejowa łącząca Czechy ze wschodnią Słowacją), natomiast Polacy otrzymali prawobrzeżny Cieszyn wraz ze starówką miasta.

20150923_180907

Co ciekawe, prócz jakże praktycznie wytyczonej granicy państw, Český Těšín po dziś dzień nosi tabliczki z nazwami ulic zarówno po czesku, jak i polsku. W Cieszynie takiego zjawiska już nie zaobserwujemy – a to stąd, że w Českým Těšíně po dziś dzień mieszka mniejszość polska, natomiast w polskim Cieszynie czeskiej – nie ma.

Pozostawiając te zaszłości historyczne na boku, ruszmy w miasto.

Dlaczego magiczne?…

Popatrzcie sami:

20150923_135705

Cieszyn jest również dobrym pretekstem, by wspomnieć o życiu w związku międzynarodowym. Cóż, wiecie pewnie sami, jak to jest: początki są zawsze piękne i emocjonujące, a potem – potem następuje szara rzeczywistość. W przypadku, gdy dwoje ludzi pochodzi z dwóch różnych krajów, dochodzi wówczas etap wyrównania „rachunków krzywd”, jakie oba narody potencjalnie sobie wyrządziły. I tak właśnie dochodzimy do Cieszyna.

20150923_200714

Po tym jakże siermiężnym wstępie powiem jeszcze, że takie związki nie są łatwe. Sprawiają, że nagle życie samo zmusza cię, by stanąć twarzą w twarz z własnym nacjonalizmem i – być może – zrewidować poglądy. Bo tak naprawdę to liczy się właśnie tylko to: jedzenie, emocje, krajobrazy, książki, bliskość. Żadne flagi i żadne hymny nie zastąpią ciepłego uśmiechu; chociaż prawdą jest że jedna złośliwa uwaga nt. białej flagi jednego lub fanatycznego katolicyzmu drugiego kraju może podnieść atmosferę w związku o tysiąc stopni i nagle nic innego nie ma już znaczenia.

20150923_203728

Więc Cieszyn był właśnie takim naszym papierkiem lakmusowym – to przecież teren, który do dziś wzbudza emocje. Niech bowiem podniesie rękę ten, kto nie słyszał na lekcjach historii o tym, jak Czesi podle w czasie, gdy Polska broniła Europy przed bolszewicką zarazą, skradli nam Zaolzie. No, więc właśnie – a potem spotykacie Czecha, który nie dość, że mówi, że przecież nie skradli, tylko wzięli, co ich, to jeszcze śmie przy tym dodać, że myśmy w ’38 lepsi nie byli. Cóż – postanowiliśmy więc w te pędy sprawdzić, kto właściwie ma rację i zaczęliśmy nasze historyczne poszukiwania od najbardziej wiarygodnego źródła, czyli Wikipedii, oczywiście i oczywiście, każde z nas znalazło dowody na prawdziwość swoich argumentów. Tyle tylko, że ja szukałam na Wikipedii polskiej, a mój luby – czeskiej. Potem oboje zajrzeliśmy jeszcze na wersję angielską.

20150923_203737

I co się okazało?… Żadne z nas nie miało oczywiście racji. Racja, jak to bywa, leżała po środku – ale nie przedstawiała jej ani wersja czeska, ani polska; jedyne, co je łączyło, to sposób, jak wybielały czyny swoje, a oczerniały tych drugich.

Morał z tego taki, że będąc w Cieszynie, warto pooglądać piękne krajobrazy i zachwycić się lokalną kuchnią, a także – przypomnieć sobie, że być może ta historia, którą tak pięknie opowiadali w szkole wcale tak piękna nie była. A o tym, dlaczego warto sobie to uświadomić – to już temat na zupełnie inną opowieść.

alfa

  • Bardzo ciekawy post.. wspomnienie o „lokalnej kuchni” jeszcze bardziej mnie zachęciło żeby zatrzymać się w Cieszynie gdy następnym razem będziemy tamtędy przejeżdżać. Dziękuję 🙂

    • Bardzo się cieszę, że Ci się spodobał! Co do kuchni – w niedalekiej Zbójnickiej Chacie pierwszy raz w życiu jadłam tzw. poleśniki… Polecam przy okazji 😉

  • Pingback: Magiczne miasto… – Cieszyn – fotografia()