dobre życie, Myślodsiewnia

Własną drogą

Znaleźć swoje powołanie to chyba jedno z większych wyzwań, jakie przede mną postawiło życie. Tak się złożyło, że nie miałam problemów ze znalezieniem pracy. Można by nawet powiedzieć, że zazwyczaj życie uśmiechnęło się do mnie, zanim jeszcze na dobre zastanowiłam się, co chcę robić. Nie mogę narzekać, to miało swoje dobre strony: pracę rozpoczęłam właściwie od razu po zakończeniu stażu, który robiłam od razu po obronie. Z jednej pracy właściwie z dnia na dzień przeszłam do kolejnej, a potem – powróciłam do pierwszej. Przerwa nigdy nie była długa i tak naprawdę to pierwszy raz w życiu doświadczam czegoś, co być może jest rzeczywistością dla wielu: bezrobocia.

Własną drogą

No więc jakie było i jest to bezrobocie? Odpowiedź może okazać się szokująca. Dla mnie bezrobocie po pierwsze okazało się pracowite. Serio, tyle sobie poplanowałam na miesiące bez pracy, że właściwie w domu mnie prawie nie było. Zjeździliśmy kilka tysięcy kilometrów, miałam wreszcie czas, by wrócić w miejsca dla mnie ważne, spędzić czas z rodziną. Po drugie, okazało się wspaniałe. Brak presji i stresu na moich ramionach pozwolił mi odetchnąć. Było jak łyk wody po zbyt długim przebywaniu pod wodą. Człowiek potrzebuje takiego oddechu od czasu do czasu.

Słodko i gorzko

Żeby nie było jednak za słodko, bezrobocie to jednak także pewien ciężar. Człowiek za młodu nasiąka tym co w domu. Oboje moi rodzice są pewnego rodzaju pracoholikami i wpoili mi bardzo silne poczucie obowiązku i pracy. Odpoczynek jest zadaniem trudnym, kiedy w głowie nieustannie krąży myśl: co ja właściwie będę robić? kiedy zacznę coś robić? jak mogę odpoczywać, kiedy mogłabym coś robić?… Jeszcze trudniej, kiedy bliscy i dalsi niemal nieustannie pytają, co u ciebie [co samo w sobie jest fajne] i zmuszają cię do wałkowana planu na najbliższą przyszłość po raz setny. Oczywiście rozumiem, co za tym stoi – ci pierwsi zastanawiają się, jak sobie poradzę, ci drudzy prawdopodobnie patrzą z pewną dozą ciekawości, wsparcia, może sami chcieliby powziąć pewne zmiany w swoim życiu, ale jeszcze się nie zdecydowali.

Joga i inne takie

Wszystko to jednak sprawia, że mój żołądek zwija się w bolesnym skurczu, a ja zaczynam się zastanawiać, liczyć, myśleć… taaaak, zbyt wiele czasu na myślenie to czasem nie jest dobra rzecz! Pomaga joga. Pomaga ruch. Dziś więc wzięłam tyłek w troki i zabrałam sama siebie na spacer. A po powrocie wzięłam kartkę papieru i wypisałam wszystko, jak leci, co mnie tak przeraża. I wiecie co? Na papierze nie wygląda to tak strasznie, jak w mojej głowie.

Intensywnie rozmyślam nad tym, co właściwie w życiu chciałabym robić. I nie, nie jest wcale straszne to, że mało mam opcji – opcji mam za dużo. To jedna z trudności, która wynika z mojego charakteru: interesuje mnie tyle rzeczy na raz i z żadnej nie umiem zrezygnować. Dodaj do tego ochotę sprawdzenia się i wychodzi, że nie umiem nic pozostawić za sobą. Nawet, jeśli nadszedł czas.

Siedzę więc i rozmyślam intensywnie, w czym jestem dobra. Co sprawiałoby mi największą radość a jednocześnie – pozwoliło spłacić kredyt. Ja i moja mama mamy wielką nadzieję, że wpadnę na to, zanim oszczędności stopnieją.

Człowiek się przecież uczy całe życie. To normalne, że popełnia błędy. Ważne, że się po nich podnosi. I próbuje znowu. I znowu.

Trzymajcie kciuki.