Gdzie postała moja stopa

Hiszpania 2017

Jak wychodzę na dwór, w powietrzu czuć już mróz. Nie umiem tego do końca opisać: to jest taki zapach świeżości, przygody i oczekiwania w jednym. Trochę w nim dymu z palonego węgla (lub śmieci, jeśli macie sąsiadów inteligentnych inaczej), trochę szczypiącego mrozu, trochę już świątecznego oczekiwania, tęsknoty za ciepłem i gorącą herbatą.

Taka właśnie aura panuje obecnie w Poznaniu. A skoro już siedzę pod kocem z gorącą herbatą w ręku – czas powspominać, co dobrego wydarzyło się tego lata.
A wydarzyło się sporo! Oprócz samochodowej wyprawy do Słowenii, krótkiego wypadu do Jesioników oraz do Skalnego Miasta (wkrótce na blogu) polecieliśmy także do… Hiszpanii [i Portugalii, chociaż tam trochę z przypadku].

Tak, tak. Do tej sztampowej, wszędzie reklamowanej, tłocznej, gorące, słonecznej Hiszpanii.

Hiszpania… jak z obrazka?

Isla de Ons, Galicia

Tylko że Hiszpania z naszej wyprawy wcale nie była tłoczna. Nie była nawet gorąca. A z całą pewnością nie była zbyt słoneczna! No tak, dacie wiarę?*

*To taka klątwa, która ciąży nad moją rodziną… lub nade mną, jak twierdzą tejże członkowie. Gdziekolwiek się nie wybiorę, zazwyczaj zaczyna padać deszcz. Od tej reguły występują nieliczne wyjątki, które przyjmuję z ulgą i wdzięcznością, a które potwierdzają regułę. Raz czy dwa zdarzyło się, że region, który odwiedziliśmy, nawiedziła powódź.

**Nie, nie mam jeszcze zaplanowanych wypraw na przyszły rok 😉

Finisterre, czyli koniec świata

W związku z powyższym, naprawdę udało nam się pojechać do Hiszpanii i nieco zmoknąć. Pojechaliśmy bowiem w kierunku przeciwnym od tego, gdzie ciągnie większość – na Hiszpanii północ.

Konkretnie trasa wyglądała następująco: Porto-Vigo-Santiago de Compostela-Asturias-Bilbao. Lot z Berlina do Porto trwał 3,5h. Dlaczego Porto?

Porto

Porto

Ano dlatego. Oprócz tego to był najbliższy sensowny port lotniczy, który zapewniał połączenie z najbliższym nam Berlinem. Braliśmy też pod uwagę inne lotniska (Wrocław, Warszawa, Poznań oczywiście), jednak żadne nie przedstawiało sensownej alternatywy w dobrej cenie. Zachęceni opowieściami znajomych oraz moimi własnymi [ach, Erasmus <3], postanowiliśmy wyprawę rozpocząć w Porto.

Porto jest niesamowite. Dość zaniedbane, zdecydowanie niewygodne do chodzenia (człowiek przejdzie kilkaset metrów i ma wrażenie, że zmęczył się bardziej niż przy wejściu na Śnieżkę!;), obłędnie piękne. W Porto (a szerzej w Portugalii chyba także) widać skutki kryzysu. Teraz już trochę mniej, ale wciąż widzi się sporo domów zaniedbanych, opuszczonych, wystawionych na sprzedaż. Jednakże domy te, nawet zapomniane, wciąż w pewien niewytłumaczalny sposób zachowują swój urok i nie rażą – a wręcz przeciwnie, stanowią wspaniałe tło do zdjęć.

Dom w Porto

Mercado

W Porto postanowiliśmy uraczyć się smakami oceanu i zasiedliśmy w lokalnej knajpce w samym środku Mercado wśród zapachu ryb i owoców morza, co nam przeszkadzało z każdą chwilą mniej, wprost proporcjonalnie do ilości wypitego wina. [Mercado – czyli targ, tak w hiszpańskim, jak w portugalskim – to jedno z moich ulubionych miejsc w miastach, szczególnie tych iberyjskich. To pulsujące serce restauracji – to tutaj dostaniecie najlepsze owoce, świeże ryby, mięso, warzywo, wszystko w akompaniamencie ferii barw pełnych południowego słońca].

Mercado!

Tak, wiecie więc już, że ryneczki uwielbiam – zresztą oprócz jedzenia i słodkości zakupić tam można całą masę nieprzydatnych, acz pięknych dupereli [sama stałam się posiadaczką wspaniałej tacy z azulejos, która jest tak piękna, jak niewymiarowa i ciężka, dopiero potem zdawszy sobie sprawę, że czeka mnie karkołomne zapakowanie jej do walizki i przetransportowanie samolotem…co też uświadomił mi Luby patrząc na mój obiekt zachwytu z konsternacją]

Pasteis de nata, czyli portugalskie słodkości…

W Porto słynny jest most – zaprojektowany przez samego Eiffel’a [tak, tak, tego samego od tej znanej dość wieży w Paryżu], który szczególnie uroczo prezentuje się po zapadnięciu zmroku; fajnie jest również skosztować słynnego wina Porto [które jednak, o dziwo, wcale w samym Porto nie powstaje, a jest tu dowożone z pobliskiej doliny] i wspaniałych ciasteczek Pasteis de nata  albo pozwiedzać piękne kościoły.

 

 

Kościół w Porto

 

Portski… dworzec kolejowy

Galicja – wspomnienie Erasmusa

Z Porto przemieściliśmy się autokarem do Vigo, a więc już do Hiszpanii, z powrotem do naszej strefy czasowej. Tam odnaleźliśmy odpowiednią firmę, z której wypożyczyliśmy dwa auta i po pierwszym obiedzie na hiszpańskiej ziemi ruszyliśmy do stolicy Galicji, czyli Santiago de Compostela.

Dwie Marie z Santiago

Krótka dygresja. 5 lat temu, kończąc już właściwie studia hispanistyczne, wybrałam się na jeden semestr do serca prawicowej Hiszpanii, czyli deszczowego Santiago de Compostela. Wówczas nie wiedziałam jeszcze, że Hiszpania nie zawsze oznacza słońca, że w Hiszpanii nie zawsze da się dogadać po hiszpańsku, że łóżka standardowo mogą mieć 180cm i nikogo to nie dziwi, a mierząc 175 cm można być bardzo często najwyższą osobą. Na uczelni. W domu. W sklepie. Hm, wszędzie. Chyba że akurat spotka się innego obcokrajowca! 😉

Cudillero, urocza wioska rybacka

 

Galicja to dość wyjątkowy region w Hiszpanii. [Chociaż z drugiej strony – który nie jest? Hiszpania jest po prostu zróżnicowana.] To taka zielona wyspa na pustyni – nie od parady w Galicji tyle pada. Jest mokro, zielono, dość górzyście, no i bliziutko oceanu. To połączenie bardzo ciekawe – i widać je w kuchni. Przechadzając się po Santiago nie sposób nie zwrócić uwagi na dość intrygujące okna wystawowe restauracji, w których możecie pooglądać, wciąż jeszcze żywe, zwierzątka, których nazw nie znam nawet [a może – przede wszystkim] po polsku, a które po zamówieniu wylądują na waszym talerzu. Powiem szczerze, że chociaż jestem entuzjastką próbowania kuchni w jej lokalnym wyglądzie, miałam dość mieszane uczucia patrząc na te biedne stworzenia czekające na śmierć w oknie wystawowym.

Cudillero

Santiago de Compostela

Nie mniej jednak warto spróbować typowych dań czyli np. ośmiorniczki z solą i papryczką czy tarty Santiago z migdałów. Doznania smakowe zagwarantowane. [nas zachwyciły empanadas, czyli słone placki pieczone w piecu, z nadzieniem różnego typu: kurczak, szynka, tuńczyk, szpinak, owoce morza, warzywa…bardzo przydatne na piesze wędrówki albo kiedy nie ma za bardzo czasu lub budżetu na obiad!]

Hiszpańskie żarełko: paella z owocami morza, fasolka, flan, jamón serrano i pyszne słodkości!

Santiago de Compostela to miasto pełne sprzeczności. Ulice pełne są ludzi wszelakiego rodzaju: mnóstwo tu studentów, również zagranicznych, sporo turystów, ale najwięcej oczywiście – pielgrzymów. Nastrój religijnego skupienia i duchowej ekstazy płynnie zamienia się w szał Erasmusowych imprez. Sacrum miesza się z profanum. Niby Hiszpania, a jednak powietrze gęste jest aż od zawieszonej w nim wilgoci, która osiada na wszystkim i wszystkich wokoło: na ludziach, chodnikach, budynkach, gzymsach, oknach, sprawiając, że obrastają zielonym mchem i grzybem i nadaje im wygląd miasta znajdującego się w głębinach oceanu. Sama katedra jeszcze do niedawna sprawiała wrażenie, jakby ją z morskiego dna wyłowili – my akurat trafiliśmy na moment remontu.

 

Katedra w Santiago – remont

 

Wodospad nad… oceanem!
Finisterra, czyli koniec świata! To symboliczny koniec pielgrzymów szlaku św. Jakuba. Tu pielgrzymi dokonują spalenia swoich rzeczy – symbol przeżytego katharsis

Asturia, czyli Picos de Europa

Z mokrej i zamglonej Galicji ruszyliśmy, a jakże – na północ! A właściwie – na północny wschód, by po dniu pełnym wrażeń osiąść w pięknych okolicznościach przyrody – parku narodowym Picos de Europa. Park ten to taki nieoczekiwany dar od losu – będąc właściwie tuż nad oceanem, można… trafić na dwutysięczniki. Tak, tak, nie przewidzieliście się – połączyliśmy pobyt nad oceanem [ten szum wody! te szalone fale!] z wycieczkami w całkiem wysokie góry. Co prawda pogoda z lekka nam nie sprzyjała [hm, padało, dacie wiarę?] – odwiedziliśmy jednak kilka niesamowitych miejsc. Jednym z nich była Quesería, czyli wytwórnia sera położona w wysokogórskiej wiosce, gdzie właściciele produkują niesamowity ser, który dojrzewa w… okolicznych jaskiniach. Do których toż owi producenci sera zanoszą je sami, bądź za pomocą samochodu, bądź konia, bądź własnych nóg.

 

Picos de Europa

W drodze na wschód, do Basków

W drodze odwiedziliśmy kilka uroczych miejsc, jak chociażby wioska rybacka Cudillero, Santillana del Mar czy Sanktuarium w Covadondze. To ostatnie szczególnie mnie zaciekawiło – to bowiem trochę taka hiszpańska Jasna Góra. Rzekomo to właśnie tam rozegrała się pierwsza wygrana bitwa rekonkwisty, czyli wypierania Maurów z Półwyspu Iberyjskiego, prawdopodobnie w roku 722.

Cabo de Peñas, czyli najbardziej na północ wysunięty skrawek Hiszpanii (podobno)

To także przykład jak ważną rolę odgrywa propaganda – bitwa bowiem opisana jest diametralnie różnie przez obie strony. Jedni uważają ja za zwycięską bitwę i początek rekonkwisty, czyli odzyskiwania terenów iberyjskich przez chrześcijan (choć do tego sporo im jeszcze wówczas brakowało – wygnanie Maurów z Półwyspu nastąpiło dopiero w 1492 roku, a więc roku odkrycia Ameryki i wydania pierwszej gramatyki języka hiszpańskiego) , a drudzy jako niewiele znaczącą, a do tego przegraną potyczkę z muzułmańskim patrolem. Gdzie leży prawda?… Nie ma to już chyba dziś znaczenia. Ważniejsza od wydarzeń stała się legenda, która narosła po tym wydarzeniu i napędzała kolejnych nieszczęśników do „świętej” wojny.

Cabo de Peñas

 

Cabo de Peñas
Cabo de Peñas

Donostia, czyli San Sebastián

Ostatnim punktem naszej wyprawy był owiany sławą Kraj Basków. Baskowie głównie kojarzą się z ETĄ i dążeniem do niepodległości – mało kto wie, że ten niewielki naród rozmawia w języku, o którym do dziś nie wiadomo, skąd pochodzi. Dzisiejszy język baskijski powstał na bazie trzech dialektów baskijskich, połączonych przez ludzi nauki; wykazuje pewne podobieństwa z niektórymi językami kaukaskimi. Baskowie dziś to jedna z najbogatszych autonomii w Hiszpanii, która cieszy się największą niezależnością od Madrytu (np. podatki rozliczają sami). Widać to w stolicy – Bilbao, które mimo że przemysłowe, to jednak daleko mu do takich np. Katowic i w portfelu należy mieć raczej więcej euro niż mniej, by wakacji sobie użyć.

 

 

Plaża Wielbłąda w Santander
Zatoka Biskajska

Punktem obowiązkowym u Basków to typowy lokalny sposób konsumpcji – wyprawa na pintxos, czyli baskijskie tapas. Bywają kolorowe, słone, słodkawe, z rybą lub bez – zazwyczaj obłędnie dobre. Popite szklanką wspaniałej Sangrii – dobry humor gwarantowany!
Kulminacją naszej wyprawy – przynajmniej dla mnie – stał się pobyt w Donostii, a więc w San Sebastián – przepięknym, eleganckim mieście na brzegu Zatoki Biskajskiej. Spożyte tam pintxos i wino, a także zażyta kąpiel w ogromnych falach dopełniły wspaniałych wakacji.

Oby takich więcej! <3

Pintxos i Sangría
Bilbao
Plaża w San Sebastián

 

Bilbao
Bilbao