Za nami 11 i 17 listopada. Jesień to taki czas, który, oprócz pięknych złotych liści i deszczowych dni, przynosi też trochę refleksji i wzniesienia patriotycznego. Zarówno w Czechach, jak i w Polsce jesień stoi pod znakiem świąt narodowych. W Polsce, wiadomo, jest Wszystkich Świętych; nie muszę chyba wspominać, jak wielkiej rangi to święto. W Czechach też występuje, ale nie jest to dzień wolny od pracy, a przez to też nie aż tak uroczysty. Czesi również odwiedzają groby swoich bliskich, ale z moich obserwacji wynika, że nie przykładają do cmentarnych tradycji aż takiej wagi jak Polacy. Na cmentarzach nie ma ani takich tłumów, ani tylu zniczy. Szkoda – pomyślicie. I z jednej strony macie rację. Wizyta na cmentarzu w oktawie tego święta w Polsce to przeżycie samo w sobie. Z drugiej – o ile to mniej śmieci. Straszne to, że śmieci produkujemy nawet po śmierci.
Jesienny maraton świąt
W Czechach jesienny maraton świąt narodowych zaczyna się pod koniec września, konkretnie 28, kiedy świętuje się Dzień czeskiej państwowości. Potem mamy koniec października, znowu 28, Dzień powstania niepodległego państwa czechosłowackiego i w końcu 17 listopada, Dzień demokracji i Międzynarodowy Dzień Studentów. Co miesiąc wypada święto i każde z nich jest dość niezwykłe; w centrach miast organizowane bywają obchody, koncerty, atmosfera jest świąteczna.

Patriotyzm wyuczony
Czy mój polski patriotyzm i czeski patriotyzm czymś się różnią? To pytanie przyszło mi do głowy niedawno i stwierdziłam, że jest na tyle otwierające głowę, że warto pozastanawiać się nad tym na blogu. Polski patriotyzm to coś, czego nie wybrałam, tak samo, jak nie wybrałam miejsca urodzenia. Tak zwaną miłość do Ojczyzny wpaja się nam od dziecka, uczy się jej w szkole, słyszy się o niej w radiu czy telewizji, wreszcie, także w niektórych domach. Zazwyczaj towarzyszą temu wielkie słowa, które, jeśli jest się dzieckiem, niekoniecznie cokolwiek znaczą. Dzieci są pod tym względem bardzo praktyczne. Abstrakcyjne pojęcia, takie jak miłość do narodu, której, bądźmy szczerzy, niewielu dorosłych rozumie i czuje, to dla nich puste terminy z innej planety.
Ze szkoły pamiętam, że uczono nas, że ten wielki patriotyzm powinien przekładać się na mały heimat, dbanie o lokalną społeczność, o sąsiadów oraz kolegów i koleżanki ze szkoły, czystość środowiska i najbliższą okolicę. Dla starszych bycie patriotą oznaczało płacenie podatków i działanie na rzecz dobra ogółu. Jak się okazuje, dzisiaj znajdziemy wielu polityków i biznesmenów, którzy płacenie podatków we własnym kraju rozumie jako oznakę głupoty i słabość. Chyba uczyli ich innego patriotyzmu niż mnie.

Status: to skomplikowane
Dodajmy, że ta relacja z Ojczyzną, początkowo rozumiana tak praktycznie i prosto, wcale taka prosta być nie musi. Bo co z osobami, które ta Ojczyzna z jakiegoś powodu odrzuca? Ludźmi, których wiara nie jest wiarą powszechną w ich kraju? Ludźmi o innym niż większość kolorze skóry? Orientacji? Pomyślcie też o wszystkich tych, którzy całe życie mieszkali na swojej wsi, dbali o nią, i którzy polegali na autobusie PKS albo pociągu, aby móc dojechać do sklepu albo lekarza, albo nawet pracy, i których pewnego dnia państwo po prostu tego środka transportu pozbawiło, bo uznało, że to się nie opłaca. Czy mało tych historii, kiedy nasze państwo pozostawiło swoich obywateli samych sobie? Czemu ci ludzie mieliby żywić wobec tego państwa jakieś ciepłe uczucia?…
Jak widać, powodów konfliktu w relacji Ojczyzna-człowiek może być mnóstwo.
Kraj przybrany a patriotyzm
Sytuacja z krajem przybranym jest zgoła inna. Po pierwsze dlatego, że ten kraj często z jakiegoś powodu wybieramy. Zazwyczaj nie wybieramy kraju beznadziejnego, który nam się nie podoba. Oczywiście, zdarzają się sytuacje, gdy znajdujemy się gdzieś z prozaicznego lub przypadkowego powodu, ale decyzja, czy zechcemy się z nim zapoznać, zrozumieć i oswoić, a potem uznać za swój, zależy tylko od nas.
Czy ta miłość do kraju, który wybieramy, może być większa niż ta pierwotna, do Ojczyzny? To pewnie zależy od człowieka. Myślę, że uczucie do kraju zależy od tego, co dane było nam w nim przeżyć, czego w nim lub w związku z nim doświadczyliśmy. Czasami to uczucie wyryte nożami i utopione we krwi, innym razem – oblane piwem.

Czeski patriotyzm
Czeski patriotyzm w ogóle wykuwał się w innej atmosferze niż ten polski i w związku z tym wydaje mi się, że celebruje się go po prostu inaczej. Bycie patriotycznym Czechem było w XIX w. awangardą, czymś elitarnym, zdecydowanie niepowszechnym. Już samo mówienie i pisanie po czesku było swego rodzaju aktem buntu wobec wszechniemieckości. Czytanie czeskiej literatury było przejawem najwyższego czeskiego patriotyzmu. Podobnie z poczuciem czeskości łączy się turystyka i chęć poznania, doświadczenia i doceniania własnej krainy. W Polsce łażenie po lasach na pewno nie jest uważane za akt patriotyczny. Widzicie więc, że Czechy, ze swoimi tysiącami kilometrów szlaków i hospodami aż same proszą się o uprawianie patriotyzmu; w Polsce nie jest to to takie naturalne (bo co jest w Polsce takim codziennym aktem patriotyzmu? Nasuwają mi się odpowiedzi, które wywołałyby gównoburzę, powstrzymam się więc od ich wypisania. W Poznaniu aktem patriotyzmu na 11 listopada jest zjedzenie jak największej liczby rogali świętomarcińskim, i tego się trzymajmy).
Co ciekawe, tak jak język wymusza zmianę napięcia aparatu mówiącego i innego ułożenia języka, użycia innego akcentu, kraj też wpływa na swoich obywateli. Wymusza na nich pewnego rodzaju zachowania: oczywiście prawem, ale nie tylko, bo także kulturą, zwyczajami, wreszcie naciskiem społecznym. Czechy chcą innych obywateli i Polska też chce innych obywateli. To, co przechodzi w Polsce, nie uchodzi w Czechach i na odwrót. (To oczywiście dotyczy również wszystkich innych krajów, ale te dwa stanowią punkt zaczepienia tego wpisu, więc na nich się skupiam).

Mój czeski patriotyzm
W Czechach moją miłość do kraju adopcyjnego przejawiam na kilka sposobów: po pierwsze, nadal i niezmordowanie staram się mówić wszędzie po czesku. To zazwyczaj nie jest problemem, ale ciągle zdarzają się konteksty, które są dla mnie po czesku nowe, i w których muszę na gwałt szukać w głowie słownictwa (zazwyczaj medyczne); chociaż czasami zdarzają mi się już też sytuacje odwrotne – to czeski stanowił dla mnie tło językowe jakichś wydarzeń i to czeski staje się automatycznym językiem w danym obszarze i okazuje się, że brakuje mi polskich słów do opisana danej sytuacji.
Nauka języka kraju adopcyjnego to podstawa. To rzadko kiedy jest łatwe i szybkie zadanie, ale, w mojej opinii, ta inwestycja czasu i mocy kognitywnej mózgu zdecydowanie się opłaca. Przede wszystkim dla własnej wygody: człowiek jest w stanie dogadać się z kimkolwiek (pomijając hydraulików z głębokiego południa Moraw:) i to bardzo pomaga poczuć się w nowym kraju jak w domu. Język otwiera literaturę i umożliwia spojrzenie na świat oczami Czechów. Dopiero mając to narzędzie, człowiek może zacząć rozumieć, czemu ten nowy kraj działa tak, a nie inaczej.
[Dygresja: jakiś czas temu gadałam ze znajomymi o czeskich serialach. Tak, bezczelnie wykorzystuję znajomych do researchu różnych aspektów czeskiej rzeczywistości na bloga i do podcastu, i nie inaczej było tym razem. Pytanie brzmiało, jakie czeskie seriale w ich mniemaniu są najbardziej kultowe. Między innymi padł tytuł Hospoda. Nie wiem, na ile głęboko w czeskość kiedyś zabrnęliście, ale jeśli istnieje jakieś jądro czeskości, to ten serial leży całkiem blisko niego. Myślę, że zrozumienie Czechów, ich różnych kontekstów kulturowych, bez obejrzenia chociaż kilku odcinków tego serialu (do większej liczby nikogo bym nie zmuszała), byłoby trudne, jeśli nie niemożliwe. O czym to traktuje? Generalnie o hospodzie, jak tytuł wskazuje. Wygląda to trochę tak, jak pierwowzór paradokumentu: jakby do jakiejś typowej, tradycyjnej, starej czeskiej hospody wsadzono kamery i kręcono wszystko, co się w niej dzieje. Bohaterami są: stojący na barze hospodsky i kelnerka, która roznosi piwo, ale też wszyscy stamgaści, czyli stała klientela, która w hospodzie pojawia się nierzadko rano, aby wypić jedno przed szychtą. Ktoś by powiedział, że serial ten nie ma właściwie fabuły i do tego opowiada o bandzie alkoholików, i w sumie miałby w jakiś sposób rację. Ale te konteksty, te wszystkie sytuacje, to trzeba zobaczyć, żeby potem umieć je odnajdywać w innych czeskich tekstach kultury albo i rzeczywistości, i zrozumieć. Bo bez tej podkładki można by pomyśleć, że w czeskości chodzi tylko o chlanie piwa. A jednak kryje się w tym coś jeszcze. Chyba].
Jak jeszcze uprawiam czeski patriotyzm? Chodząc. Tak, potrzebne mi są do tego moje nogi, czasem plecak, czasem aparat, nierzadko mapa. Łażenie po szlakach stało się moim ulubionym hobby i poświęcamy z moją smecką na to wiele czasu. To cudowna forma: bo daje i poznawanie nowych miejsc, ludzi, historii, ale też zmusza do ruchu. Do tego można wyszaleć zwariowanego psiaka i poszukać pięknych kadrów. Czego więcej chcieć?…

Polski a czeski patriotyzm
Jest jeszcze jedna różnica w pojmowaniu patriotyzmu polskiego i czeskiego, która mnie ostatnio uderzyła, patriotyzmu rozumianego jako przeżywanie więzi ze swoim narodem, historią, przodkami. W Polsce naprawdę spory nacisk kładzie się na naukę o przeszłości. I tak, wiem, że nierzadko jest to obiektem krytyki: bo nieustannie nurzanie się w porażkach generalnie nie jest zdrowe. Dla nikogo, ani jednostek, ani narodu. ALE jednocześnie pamięć o przodkach, o ich trudach, o ich życiu, jest piękna. Daje nam poczucie uziemienia, daje nam zrozumienie, i daje nam coś, co jest w czasie globalizmu bardzo cenne: korzenie.
Nie wiem jeszcze, z czego wynika ta różnica, ale przeszłość w Polsce i w Czechach przeżywa się inaczej. Czesi, w całym tym swoim usadzeniu, niemobilności i historii, która nie kazała im się przemieszczać z miejsca na miejsce i tułać po Europie, chyba traktują swój byt i swoje istnienie jako coś pewnego. Nikt tu nie tracił rodziny albo majątku, albo obu tych rzeczy, w takiej skali, w jakiej wydarzyło się to u nas. Tak, Czesi byli uciskani przez Niemców, walczyli o byt własnego języka, walczyli z panowaniem habsburskim, walczyli o obecność polityczną. Ale ich państwo nigdy nie przestało istnieć. Wydaje mi się, że w rozmowie o podobieństwach i różnicach między Polską a Czechami to jest ta najistotniejsza różnica, o której się prawie nie mówi: Czechy nigdy nie zniknęły z mapy Europy. Tak, istniały w większej strukturze, tak, Czesi walczyli o wpływy polityczne we własnym państwie, ale ono nigdy nie przestało istnieć. A Polska tak.
[BTW, z tego wynika tak wiele nieporozumień na linii Polska-Czechy. Polacy, patrzący na Czechy i mający za sobą tę ciężką polską historię, o ile o niej na chwilę nie zapomną, nie będą w stanie zrozumieć historii Czech, bo ona niby jest podobna, ale jej doświadczenie jednostkowe było zupełnie inne. A my często zakładamy podobieństwo, mimo że jest ono tylko iluzoryczne, a potem przykładamy do tej czeskiej rzeczywistości polską miarę i wychodzą nam jakieś totalne głupoty].

Brak państwowości
W szkole u nas trąbi się o tym od pierwszej do ostatniej klasy. Hasło: „123 lata bez własnej państwowości” odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Nie jestem jednak pewna, czy dzisiaj, kolejnych sto lat po jej odzyskaniu, rozumiemy, co to właściwie znaczy. Nie chodzi tylko o język (chociaż o niego oczywiście także), kulturę i politykę, ale też o rzeczy tak prozaiczne/ważne jak majątki. Ludzie, rodziny, rody, z dnia na dzień traciły dorobek całego życia (jednego albo wielu pokoleń). Przestawały istnieć instytucje. Zmieniała się waluta. Świat, jaki znali tamci ludzi, znikał i zmieniał się w ciągu kilku dni. Ten strach o utratę majątku widać do dzisiaj, bo przekuł się chyba w nasz wszechobecny polski materializm i konsumpcjonizm. Może dlatego Polacy tak gładko weszli w kulturę zapierdolu, która każde im gromadzić i gromadzić. Czesi tego nie mają, a przynajmniej nie w takim stopniu.
Wielki patriotyzm i jego mikrooblicza
Ale jest jeszcze jeden wątek w tej historii: te tułaczki, w których przesuwały się miliony ludzi, w czasie wojny i już po niej, wysiedlenia, przesiedlenia, przeprowadzki, poszukiwania lepszego życia na „Dzikim Zachodzie”, doświadczenie emigracji, czy to powojennej, czy zarobkowej, to wszystko sprawia, że dla człowieka te wielkie słowa o patriotyzmie przybierają mikroznaczeń: wspomnień o rodzinnych obiadach, lokalnych wycieczkach, działkowaniu, o ulubionych górach i lasach, przyjaciołach, sąsiadach. Polacy bardzo cenią sobie rodzinne historie i ludzi. [Pomijam teraz, jak bardzo toksyczne te relacje czasami bywają, bo to odrębna historia]. Nasze uprawianie patriotyzmu to też pamięć o tych wszystkich przodkach i rodzinie, która, nawet jeśli jest daleko fizycznie, to w myślach blisko. I to bardzo widać w mojej polskiej i czeskiej rodzinie, które do pamięci podchodzą zupełnie inaczej. W czeskiej niektórzy nie wiedzą nawet, kim z zawodu byli jego dziadek czy babcia, tymczasem w moim rodzinnym domu mamy całą jedną ścianę pokoju przeznaczoną na zdjęcia przodków. Są ich dziesiątki i sięgają bez mała sto lat wstecz. I ja sama w większości przypadków umiałabym powiedzieć, kto na tych zdjęciach jest, jak się nazywał, i z której części rodziny pochodzi. U nas jeździ się na groby, dba o nie, stroi, i to nie tylko na 1. listopada. To żywa część kultury. Podobnie jak dopytywanie o rodzinę znajomych; w Polsce, kiedy z kimś się zaznajamiasz, zazwyczaj prędzej czy później poznajesz rodzinę danej osoby, a potem, w rozmowach, temat tejże rodziny pojawia się często. Częścią tej kultury są też odwiedziny u rodziny i znajomych w domach i goszczenie ich czym chata bogata. Tak, stawiam tezę, że patriotyzm i miłość do Ojczyzny przez wielkie „O” może się też przejawiać poprzez gotowanie dla bliskich i znajomych tych zwykłych, codziennych, polskich dań. Kto nigdy nie zatęsknił za gołąbkami lub barszczem na obczyźnie, nie zrozumie.
To chyba tyle na dziś ode mnie, wyszedł całkiem długi felieton o różnym przeżywaniu świąt jesiennych w Polsce i Czechach. Dajcie znać, jak wy to wszystko przeżywacie.
M.
