dobre życie, Myślodsiewnia

Jak się nauczyć języka obcego

Dziś podzielę się z Wami tajemnicą. Tajemnicą, za którą wielu sprytnych i obrotnych każe sobie płacić krocie. Tajemnicą, której nieznajomość kończy się płaczem i zgrzytaniem zębów, zwłaszcza, gdy kolejnego dnia czeka nas wyprawa zagranicę lub telefon z cudzoziemcem. O czym mówię? O językach obcych, rzecz jasna. Ten post musiał powstać – musiał, bo po pierwsze, to blog patchworkowy, a patchwork składa się z różnych i różnistych rodzajów materiału. Tematy też nie zawsze są stricte czeskie lub podróżnicze. Po drugie, autorka tegoż bloga jest niemałą fanatyczką językową [ale nie, że gramatyczną faszystką], a jako że tematyka podróżnicza skłania ku refleksjom językowym – dziś będzie o tym, jak nauczyć się języka obcego łatwo i w miarę bezboleśnie.

Kiedy w końcu się nauczę?!

Zacznijmy od tego, że język jest narzędziem mowy, nabywanym przez człowieka przez praktykę przez całe życie. To nie jest proces, który ulega pewnego dnia zakończeniu, a szufladka językowa z napisem „angielski” lub „francuski” zamyka się na wieki, uchylając nam rąbka wiedzy tylko w razie potrzeby. Znajomość języka nie jest stała i zmienia się z czasem. Inaczej uczy się dziecko, inaczej nastolatek/ka, inaczej osoba dorosła czy senior/ka. Inaczej osoba, która osiągnęła bardzo wysoki poziom znajomości języka obcego, a inaczej ktoś, kto dopiero zaczyna.

Ważne jest, by pamiętać, że potoczne stwierdzenie „on/ona umie angielski”, może oznaczać cokolwiek i tak naprawdę nie oznacza nic. Nauka to jest proces i nie ma tutaj możliwości osiągnięcia „podium”. Można oczywiście zdobywać certyfikaty, można zdawać egzaminy itp., to jednak nie oznacza, że taki człowiek może później spocząć na laurach.

Nawet osoby osiągające najwyższą znajomość języka obcego i tak nigdy [albo prawie nigdy] nie będą native speakerami. Będą osobami, których znajomość określamy jako bardzo dobrą, zbliżoną do znajomości native speakera [na europejskiej skali znajomości języków to będzie znajomość pomiędzy C1 a C2].

Odpowiedź krótka: nigdy

Zależy to głównie od dwóch czynników. Po pierwsze, możliwość nauki wymawiania konkretnych dźwięków kształtuje się do 6 miesiąca życia dziecka, co znacznie ogranicza późniejsze opanowanie akcentu obcego języka w stopniu perfekcyjnym. Zdarzają się oczywiście osoby, które mają słuch doskonały i zdolny aparat mowy , który jest w stanie nauczyć się prawidłowo wymawiać nowe dźwięki. To jednak rzadkość.

Po drugie, w celu zachowania znajomości języka należy go używać, otaczać się nim, chłonąć go. W chwili, w której przestajemy go używać, zaczynamy się cofać. Ten proces można oczywiście odwrócić, ale wymaga to ponownego zanurzenia w rzeczywistości danego języka lub używania go na co dzień.

Po co właściwie ten przydługawy wstęp? Ano po to, by podzielić się z Wami moją refleksją, której uświadomienie zajęło mi dobrych parę lat. Zanim zaczniecie uczyć się języka obcego, pierwsze, co musicie zrobić, to pozbyć się perfekcjonizmu.

Perfekcjonizm szkodzi, a w kontekście nauki języka obcego – szkodzi podwójnie, bo nie dość, że zniechęca, to ostatecznie może sprawić, że człowiek całkowicie straci chęć do nauki.

Osoba niemająca od małego styczności z użytkownikami danego języka, prawdopodobnie nigdy nie osiągnie poziomu native speakera.

Czy to straszne?

Perfekcjonizm zabija

Oczywiście, że nie. Język to bowiem narzędzie, a więc ma nam służyć. Nie uczymy się języka dla samej sztuki, uczymy się, by go wykorzystać w konkretnym celu: czy to podróży, pracy czy nawiązania przyjaźni. W niczym nie przeszkadza, że nie wymówimy jakiegoś słowa jak królowa Elżbieta – ważne, by odbiorca nas zrozumiał. Heh, co więcej, z doświadczenia mogę Wam powiedzieć, że większość osób, dla których angielski nie jest pierwszym językiem, łatwiej zrozumie drugą taką osobę (niekoniecznie z tego samego kraju) niż native speakera.

Czy są osoby, które w języku dla nich obcym osiągają mistrzostwo? Oczywiście. Tak samo jak istnieje Adam Małysz, Otylia Jędrzejczak czy Serena Williams. Istnieją, a jednak większość z nas wie, że nigdy nie osiągnie takich samych wyników. Czy to oznacza, że nigdy więcej nie pójdziecie popływać czy nie zagracie w tenisa?…

Jak najlepiej uczyć się języka?

Nie bojąc się porażek. To dość uniwersalna porada, ale jak najbardziej aktualna. Jedyną drogą, by się poprawić, jest zrozumienie błędu. Powiem więcej – jako nauczycielka języków obcych stwierdzam, że nie ma lepszej nauki niż przez błąd. Błąd zmusza, byśmy się zatrzymali, błąd zmusza, byśmy pomyśleli, błąd sprawia, że zapamiętujemy. Dlatego za każdym razem gdy popełniacie błędy – wyciągajcie wnioski i do przodu.

Ta psychologiczna część jest chyba dość często niedoceniana. Szkoda, bo ma ogromny wpływ na nasze podejście do nauki, a to już bezpośrednio przekłada się na motywację, systematyczność i wymierne wyniki.

No więc – jak się języka obcego najlepiej uczyć?

Zanurzenie i zadania gramatyczne

Języków w swoim życiu uczyłam się kilku. Mam za sobą zarówno bardzo tradycyjne podejście do nauki przez wierszyki, wykuwanie list słówek i odmian, jak i totalne zanurzenie się w języku, właściwie bez jakichkolwiek podstaw gramatycznych. Obie metody są do pewnego stopnia skuteczne – żadna nie zapewnia równomiernego poznawania języka.

Po tych latach nauki [i jako biorca, i jako dawca…] mogę powiedzieć, że sprawdza się tutaj zasada złotego środka. Zanurzenia w obcej nam językowo rzeczywistości zdecydowanie oswaja nas z brzmieniem języka, sprawia, że eliminujemy szok poznawczy, że nawet nieświadomie – uczymy się słyszeć.

Tak właśnie uczy się dziecko, które potrzebuje roku, dwóch lub nawet trzech, by rozpocząć własną przygodę z mową. Z czasem pasmo nieznanych niezrozumiałych dźwięków staje się pasmem znanych niezrozumiałych dźwięków. Potem zaczynamy wyłapywać pojedyncze słowa. A potem one nabierają sensu. Czasem pomoże nam w tym kontekst [pewnie często], czasem mimika czy gestykulacja. Te wszystkie czynniki pomocnicze pewnego dnia przestaną być potrzebne, bo nasz mózg już będzie wiedział. A my – rozumieli.

Złoty środek na język obcy

Dziecko rozpoczyna naukę pisania i czytania – w zależności od kraju – mniej więcej w 5 lub 6 roku życia. Zanim faktycznie zacznie samodzielnie pisać, mija kolejnych kilka lat.

My jednak nie mamy aż tyle czasu na naukę. Dlatego z gramatyką zaznajamiamy się od pierwszych lekcji. Czy to idealne rozwiązanie?…

Pewnie, że nie. Też bym chciała żyć tysiąc lat, by móc naturalnie nauczyć się tych wszystkich języków…

Kombinacja tych dwóch sposobów jest właśnie złotym środkiem. Warto przy tym rozumieć, że znienawidzona przez wielu gramatyka to tak naprawdę historia i instrukcja obsługi języka w pigułce. Zawsze dziwię się humanistom, którzy kochają mówić, ale nie mogą pojąć, że gramatyka to integralna część języka i pomstują na nią aż uszy więdną. Niemal tak samo, jak i wszystkim tym tak zwanym umysłom ścisłym, którzy przeklinają na czym ziemia stoi, gdy mają odmienić kilka czasowników.

Instrukcja obsługi, czyli gramatyka

Gramatyka to matematyka. Zbiór logicznych zasad, które rządzą systemem komunikacji, jakim jest język. Pewnie wielu z was popukało się w tym momencie w czoło – tak, tak, wiem, że gramatyka wyjątkiem stoi. I że każda lekcja gramatyki zaczyna się od przedstawienia zasad, a gdy uczeń już w miarę je ogarnie – dobija się go przedstawieniem wyjątków do zapamiętania.

Niewielu jednak wie, że te wyjątki to zazwyczaj jakieś relikwie z przeszłości. Weźcie choćby niemałą bolączkę osób uczących się języka polskiego, a więc – ż i rz. Dwie zupełnie różne litery, które wymawiamy tak samo. I nie, nie jest to wymysł szalonych profesorów, którzy postanowili utrudnić nam życie – rz po prostu jest literą r, która biegiem wieków, przez stopniowe zmiany, się udźwięczniła. Podobnie rzecz się ma z u i ó, h i ch, etc. Nic nie dzieje się bez przyczyny.

Świadomość językowa

I tak, jak mechanik czy kierowca powinien choć trochę znać zasady, dzięki którym auto, które naprawia czy prowadzi, jedzie, tak użytkownik języka powinien choć troszkę liznąć zasad, które nim sterują. Nie chcielibyście chyba być takim kierowcą, który nie wie, co ma pod maską albo dlaczego auto wyje, jeśli nie zmieni odpowiednio biegu?…

No tak, trudne nazwy, skomplikowane definicje, kto by to zrozumiał?…. Cóż, jeśli macie nauczyciela, który rzuca mądrymi nazwami, ale nie jest w stanie wam wytłumaczyć zasady wedle której coś działa, zmieńcie nauczyciela. Albo bowiem nie zna tych zasad, albo mu się zwyczajnie nie chce i woli, byście nauczyli się czegoś na pamięć.

Oczywiście nie wszystko można wytłumaczyć, a już na pewno nie ma na to czasu w ciągu 45 minut szkolnej lekcji. Niemniej jednak, na pytanie, czym jest rzeczownik i czasownik, można tłumaczyć, że to poszczególne części mowy, które pełnią w zdaniu role podmiotu i orzeczenia …albo można wytłumaczyć, że zdanie to takie auto, które potrzebuje kierowcy – osoby, która steruje/wykonuje dane działanie, czyli rzeczownika, czynności, którą ta osoba wykonuje – czyli czasownika, no i, siłą rzeczy, auta, czyli dopełnienia.

Można? Można.

Marta

PS Jeśli interesują Was wywody na temat języka i jego potęgi, zapraszam na wpis o potędze języka właśnie.