Czechy, Czeskie życie, Mentalnie

Jak przeżyć w Czechach pierwsze dwa miesiące i nie zwariować

Dzisiejszy post jest inspirowany wspomnieniami. Właściwie nie wiem, dlaczego nie przyszło mi to do głowy wcześniej – ale prawdopodobnie dużo bym dała, by przeczytać własne przemyślenia przed ponad rokiem, na początku mojej czeskiej przygody.

Zazwyczaj jest tak, że czujesz się pewnie na gruncie i w miejscu, które znasz. Wiesz, jak wszystko wygląda, wiesz, dokąd się udać, by odpocząć, wiesz, czego się spodziewać. Wiesz, jak i do kogo zagadać, jak się uśmiechnąć, jak wejść do pokoju, by zrobić wrażenie albo pozostać niezauważonym. To taka wiedza, którą zdobywasz całe życie i na którą w normalnych warunkach w ogóle nie zwracasz uwagi. Klucz, by czuć się dobrze i rozumieć ludzi w pobliżu.

Wszystko to zmienia się w momencie, kiedy zmieniasz otoczenie. Pół biedy, kiedy pozostajesz w tym samym kręgu kulturowym, bo kody kulturowe, chociaż pewnie trochę inne, to jednak w dużej mierze pozostają podobne. Jest na czym i jak budować znajomość.

Gorzej, kiedy “swoich” zostawiasz za granicą Polski i wyruszasz do zupełnie innego kraju.

Początki

Mój przypadek był o tyle lepszy, że a. Czechy aż tak dalekie nam nie są, b. sama ich już wcześniej trochę zdążyłam poznać.

Ale i tak nie obyło, tfu, nie obywa się bez wpadek, gaf i sytuacji dziwnych. Może kiedyś spiszę jakąś ich część, bo pewnie po czasie okazują się zabawne. Na przykład jak wtedy, kiedy stwierdziłam, że w Polsce, by dostać pracę, często trzeba mieć znalosti*, zamiast známosti**, co zostało ze zdziwieniem skwitowane, że przecież w Czechach też tak jest.

(*umiejętności; **znajomości)

Tak więc, co zdecydowanie ułatwiłoby mi życie po przeprowadzce do Czech?

Subiektywna lista poniżej.

#napiwki w Czechach

Niby rzecz prosta i oczywista, w Polsce też przecież zazwyczaj w dobrym tonie jest zostawić kilka drobnych dla obsługi po wizycie w knajpie. Owszem, ale nikt mnie nie uprzedził, że w Czechach, by dokonać tej sztuki, trzeba po pierwsze, a. dobrze opanować rozumienie i wypowiadanie liczb po czesku, b. wiedzę, ile konkretnie napiwku zostawić, c. szybką orientację w sytuacji i nie lada refleks. Nie ma możliwości spokojnej zadumy pozostawienia napiwku w intymności własnego rachunku; nie. Kelner przeczyta Ci kwotę, zazwyczaj niewyraźnie i zazwyczaj tak, że kiedy w końcu na Ciebie spojrzy, zastanie Cię z lekko rozdziawioną buzią i oczami utkwionymi w jego/jej ustach, z których popłynął niezrozumiały potok słów. Teoretycznie właśnie usłyszałe/aś kwotę, którą masz zapłacić, teraz powinno nastąpić szybkie przeliczenie, ile napiwku dodać, zapłata i głośne wymówienie kwoty, którą ostatecznie zapłacisz. Różnica pomiędzy kwotą wymienioną przez kelnera a Twoją to napiwek. Oczywiście kiedy nie powiesz nic, stanie się li i jedynie to, że po wydaniu reszty co do korony, zostaniesz obrzucony/a przez kelnera/kę lekko zniesmaczonym spojrzeniem i uznany/a za ostatniego gbura. Cóż, been there, done that.

#przepraszanie po czesku

Kolejna rzecz niby prosta i łatwa, która nie powinna sprawiać problemów. W Polsce  przecież kultura grzeczności jest szeroko rozwinięta, wszyscy sobie “panują” i “paniują“, szacunek dla starszych, siwych, zasygnetowanych i księży wszechobecny – a jednak. Sytuacje krytyczne, czytaj wymagające szybkich przeprosin przez długi czas kończyły się u mnie zapowietrzeniem. Potem następowało obrzucenie oburzonym spojrzeniem, a ja po raz kolejny wychodziłam na najgorzej wychowaną osobę pod słońcem. Śmieszne?… W czeskim istnieją przynajmniej trzy różne rodzaje przeprosin: zwykłe “pardon” (zarezerwowane np. przy dokonaniu inwazji na czyjąś przestrzeń osobistą, czyli choćby przy potrąceniu); “s dovolením” (kiedy sygnalizujemy, że idziemy, a chcemy, by ktoś się przesunął) oraz “omlouvám se” w przypadku wyrażania dogłębnej skruchy i przeprosin. Ogarnięcie tematu z wyuczeniem automatycznych reakcji w odpowiedniej sytuacji naprawdę zajęło mi sporo czasu.

#palenie w knajpach

Cóż, jeszcze niedawno wszechobecne również u nas. Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do dobrego! A zakaz palenia w knajpach (poza wyznaczonymi do tego miejscami) uważam za luksus, którego w Czeskiej Republice zdecydowanie brakuje. Co prawda ma się to w przeciągu kilku najbliższych miesięcy zmienić – zostanie wprowadzone podobne prawo do tego u nas; do tego czasu jednak radzę nie wybierać się w ubraniu, w którym planowalibyście wybrać się następnego dnia np. do pracy, gdziekolwiek, gdzie podają piwo. Gwarantuję, że tego samego wieczora wyrzucicie wszystkie sztuki odzieży do prania ze względu na wydalający przez nie smród.

[Edit: prawo to zostało wprowadzone w maju 2017; od tej pory można ze spokojem pójśc do knajpy i mieć nadzięję, że wyjdzie się z niej, nie śmierdząc niczym komin. Prawo jest restrykcyjne i spowodowało przekształcenie niektórych “mordowni” w kluby, do których wstęp mają tylko stali członkowie, gdzie palenie jest oczywiście dozwolone.]

#węglowodany

Brak warzyw. No dobra, trochę papryki, trochę ogórka, czasem jakiś pomidor. I cebula. Czeską kuchnią rządzą węglowodany! Tu knedlik, tam  chleb, tu bułka, tam makaron… Bowiem prawdziwy obiad, to taki obiad, gdzie króluje mięso. I dodatki – zawsze węglowodanowe 🙂 Nie jest to niestety ani zdrowe, chociaż często smaczne, ani zbyt różnorodne. W połączeniu z systemem stravenek, czyli kuponów na produkty spożywcze i np. obiady w przybiurowych kantynach może zakończyć się to przybyciem kilku dobrych centymetrów w pasie. Po kilku tygodniach będziecie tęsknić do sałatek, ryb i lekkich potraw! Warto więc zawczasu sobie to uświadomić i zaplanować gotowanie.

To kilka pierwszych myśli, które wpadły mi do głowy podczas dzisiejszej przeprawy brneńskimi środkami lokomocji. Do tego dochodzą również takie ogólne, jak np. to, że ciężko cokolwiek poznać, nie znając lokalnego języka lub nie mając lokalnych znajomych. Ale o tym w którymś z kolejnych postów 🙂

Marta