Czeska kultura, Czeskie społeczeństwo

Gdzie dom, a gdzie Czech, czyli czeskie smaczki, vol. 2

Garść ciekawostek przygotowała się właściwie sama, wiele nie musiałam się wysilać. Z czasem przychodzi jednak także nieznacznie głębsza refleksja nad istotą wyjazdu; tego, co przynosi, co zmienia, a co wyłuskuje.

O tym właśnie przeczytacie na blogu dzisiaj.

A więc dobrze, zacznijmy od tych przyjemnych błahostek, które sprawiają, że życie w Republice Czeskiej przyprawia mnie o uśmiech lub wybuch szczerego śmiechu. Tak, jak pisałam ostatnio: mimo wielu wcześniejszych przyjazdów co chwilę odnajduję coś, co mnie ciągle potrafi zaskoczyć. Wszystko to są oczywiście drobnostki: małe, śmieszne detale, o których nie wspomina się w przewodnikach, a które składają się na życie codzienne.

Ot, kultura w środkach komunikacji miejskiej. Autobusy, tramwaje i trolejbusy (tak! mamy w Brnie i trolejbusy!) to dla mnie temat rzeka. Wspaniale w nich widać, jak pod szkiełkiem, to, czego szuka się w opasłych socjologicznych tomiskach: a więc zwyczaje, kulturę osobistą, przyzwyczajenia, a może nawet coś tak górnolotnego, jak charakter danej społeczności.

Studium społeczności transportu miejskiego w Brnie i Poznaniu wskazuje na kilka zasadniczych różnic. To zresztą nie dotyczy tylko transportu publicznego, ale społeczeństwa szerzej i ma związek z szeroko pojętym instynktem przetrwania.

Nie wiem, czy mogę wyciągać aż tak daleko idące wnioski, ale ile razy jadę dokądś w Polsce, czy to pociągiem, autobusem czy tramwajem, włącza mi się tryb bojowy – staję szeroko na nogach, zapieram się o ziemię, łokcie same wysuwają się do przeciskania przez tłum. Jeśli ktoś z Was próbował kiedyś wsiąść do wagonu Przewozów Regionalnych, rozumie, co mam na myśli.

W Brnie ten problem nie istnieje.

Uświadomiłam to sobie w ostatni piątek, kiedy z powodu wypadku unieruchomiona została trasa tramwajowa prowadząca w moją część miasta. Na przystanku morze ludzi, leje. Podjeżdża inny tramwaj, który jedzie mniej więcej stronę moją, jak i dziesiątek ludzi stojących obok mnie.

tramwaj
Widok z poznańskiej bimby okiem fotografa Erika Witsoe.

Tramwaj podjeżdża, podbiegam i wskakuję – bez problemu. Zanim zorientuję się, co się dzieje, pojazd rusza, i z trzaskiem toczy się po torach. W środku jest, na warunki poznańskie, powiedziałabym, całkiem luźno, ale kiedy zatrzymujemy się na kolejnym przystanku, na którym morze ludzi czeka na ten właśnie tramwaj, ok. 70% z nich decyduje się czekać w deszczu dalej, na kolejny tramwaj, bo w naszym zbyt tłoczno. Taki przynajmniej wniosek wyciągam, patrząc na ich miny, oddalające się w strugach ulewy i ciemnościach piątkowego wieczoru.

Gdyby ten sam tramwaj w podobnych okolicznościach podjechałby na przystanek w Poznaniu, po chwili znalazłabym się na szybie z rozgniecionym nosem oraz posiniaczonymi bokami.

Inna sytuacja. Tramwaj dość pełny, wtorek czy też inna środa, przed ósmą rano. Wchodzi starsza pani, już przez okno widać jej siwą głowę. Zanim się obejrzę – dwie lub trzy osoby z najbliższego otoczenia wstają i proponują jej swoje miejsce.

Wiem, wiem, że mówi się u nas o szacunku do siwej głowy, o pozycji starszych, o autorytetach, i tym podobnych bzdetach, ale wierzcie lub nie – tego w Polsce po prostu nie ma. W Poznaniu przynajmniej; bo wyjeżdżając do Czech, paradoksalnie, poznałam całkiem sporo Polaków z innych części kraju, którzy całkowicie odbiegali od tego, co znam z domu.

Wracając do Czechów i zaskoczeń dni codziennych: wyobraźcie sobie panelak, czyli typowy komunistyczny twór z wielkiej płyty. Wchodzicie na klatkę schodową i prócz tego, że śmierdzi moczem, a być może właśnie budzicie nieproszonego gościa, który zdrzemnął się na półpiętrze, nie spotykacie nic nadzwyczajnego. W Czechach natomiast, moi drodzy, w Czechach macie szansę zobaczyć wystawkę butów. Bo o ile zwyczaj zdejmowania w mieszkaniach obuwia nie jest typowo czeski, o tyle już zostawianie go przed mieszkaniem zdecydowanie jest czymś unikatowym! Oczywiście zwyczaje się z biegiem czasu zmieniają – i być może dziś jest to już mniej powszechne niż było kiedyś. Niemniej jednak i tak wywołało u mnie niemałe rozbawienie 😉

A co wyjazd do obcego kraju wyłuskuje?…

Chyba to, że dom jest tam, gdzie przykładasz do poduszki głowę. Wszędzie, gdzie znajdujesz radość patrząc na słońce za oknem. I wtedy kiedy cieszysz się ciepłym posiłkiem. I tam, gdzie spotykasz ludzi, którzy witają cię uśmiechem.

Tam właśnie jest dom.

A z czasem odkrywasz, że nie dość, że jest nie tylko jeden – to z każdym rokiem jest ich coraz więcej.