Podróże, Refleksyjnie

Świąteczne dzielenie

Koniec listopada, a więc wielkimi krokami znowu (!) zbliżamy się do Świąt. Gdybyście czasem o tym zapomnieli, na pewno wkrótce (o ile już się to nie stało!) przypomną Wam o tym radia, telewizje, święte Mikołaje i renifery, pojawiające się wszędzie choinki i światełka, wyskakujące nawet z Waszej własnej lodówki. Przypomną też reklamy.

Jedną ze wspaniałych rzeczy, które oferuje nasza epoka, są reklamy. I nie, nie zwariowałam. Nie mam na myśli tych, które oferują nam miliony suplementów diety albo tych, które udowadniają, że niczego tak nie potrzebujesz, jak nowej pralki/samochodu/spódnicy, mimo, że ta, którą masz, jest wystarczająco dobra. Zadziwiające jest, jak łatwo dajemy się wpędzić w błędne koło kupowania nowych i nowych rzeczy.

Dlaczego więc tak lubię ten przedświąteczny okres i co to ma właściwie wspólnego z reklamami?

Wszystko wiąże się z podróżami, oczywiście. Jeszcze zanim rozpoczęłam moją czeską przygodę, kiedyś, przed siedmioma wiekami  i tak dawno, że nawet najstarsze dinozaury już nie pamiętają, a Internet w telefonie był jeszcze paskudnie drogi (w Polsce, w Czechach ta epoka wciąż trwa:D); wtedy właśnie rozpoczęłam moją przygodę z hiszpańskim, Hiszpanią i klimatami ogólnie bardzo odległymi od naszych swojskich okolic.

Jak to się stało, to opowieść na zupełnie inną okazję. Ważne, że właśnie dzięki temu udało mi się zajrzeć przez okienko do innego świata, innej rzeczywistości, gdzie ludzie są zdecydowanie mniej spięci, mniej zestresowani, ale także dużo bardziej konkretni. O Hiszpanii opowiadać by można godzinami, bo jest ona chyba tak daleko o polskich o niej wyobrażeniach, jak to tylko możliwe. Gdzie my widzimy tylko plażę, zwariowane imprezy i biuściaste turystki/roznegliżowanych młodzieńców, uważne oko dojrzałoby lata ciężkiego reżimu, przepracowane mniej lub bardziej krzywdy, bratobójczą walkę, chorą ideologię i słońce, palące, gorące, nieubłagane słońce (może poza Galicją). Ta katolicka, odległa Hiszpania jest dziś w zupełnie innym miejscu niż dzisiejsza katolicka Polska. I mimo, że wielu polskich katolików zasmuci ta informacja, moim skromnym zdaniem, jest ona dużo dalej na drodze do zdrowego społeczeństwa. Nieidealna. Ale chociaż trochę bardziej świadoma swoich wad.

Ale dość o tym. Dziś miało być wesoło, radośnie, świątecznie. W tej właśnie odległej Hiszpanii istnieje pewne zjawisko, zwane Sorteo Extraordinario de Navidad (lub lotería de Navidad). Jest to największa i najbardziej popularna loteria w Hiszpanii, a i na świecie plasuje się wysoko – przychody z jej sprzedaży sięgają w ostatnich latach 4 mld euro (!). A jako że nagród sporo – nic dziwnego, że ludzie grają!

Sama loteria trwa nieprzerwanie od 1811 roku (losowania odbywały się nawet podczas wojny domowej oraz trwania reżimu Franco), a jej zasady są niestety dość skomplikowane. Emitowane są kupony (cena 1 kuponu to 200€), które dzieli się na 10 części, każda z tym samym numerem. Każdy numer ma swoją serię, tak więc numery powtarzają w seriach. Nie pytajcie. Nie ręczę za dokładność wyżej opisanych zasad – ich pełne zrozumienie pewnie będzie wymagało ode mnie jeszcze kilkukrotnego przeczytania z uwagą zasad.

Losowanie odbywa się 22 grudnia i trwa zazwyczaj kilka godzin, gdyż numery wraz z przypadającymi im nagrodami odśpiewywane są przez uczniów szkoły San Idefonso w Madrycie. Wygląda to wszystko dość intrygująco – polecam zerknąć na youtube: klik.

Wracając jednak do meritum i reklam – zanim jeszcze w sklepach rozpęta się świąteczny szał zakupowy, w mediach pojawi się reklama promująca w danym roku Loterię. Zazwyczaj jest naprawdę ładnie zrobiona, zazwyczaj łapie za serce. Oczywiście nic to ciekawego dla przywalonych życiem cyników, dla mnie jednak – dla takich momentów warto jest płacić rachunki za Internet co miesiąc.

Patrzcie i podziwiajcie: klik!

[dla osób, które nie znają hiszpańskiego lub angielskiego (możecie włączyć napisy)> clue całej historii polega na tym, że babcia, która jest trochę zakręcona bierze informacje o tym, jak dawniej wyglądały losowania za losowanie właściwe i sądzi, że wygrała fortunę, podczas gdy prawdziwe losowanie ma się odbyć dopiero kolejnego dnia. Rodzina, by nie niszczyć jej radości, wraz z całym miasteczkiem organizują fetę, by dzielić z kobietą jej radość. Starsza pani na koniec oddaje nagrodę synowi. Bo największą nagrodą jest dzielić się [nią] – jak głosi hasło z reklamy.]