Czesi jak Amíci, czyli powrót podcastu
Cześć, witam Was ponownie w pierwszym odcinku drugiej serii podcastu. Dawno się nie słyszeliśmy. Początkowo zakładałam, że pierwszych sześć odcinków pierwszego sezonu będzie tylko wstępem, a ja w kolejnych miesiącach z łatwością napiszę i nagram kolejne. Tymczasem czas pędził, a mi coraz trudniej było wrócić do pisania. W międzyczasie sporo się działo, do naszej rodziny dołączył czworonożny przyjaciel, który towarzyszy nam teraz w różnych włóczęgach po szlakach, i nie tylko. Dziś też jest tu ze mną, i mam nadzieję, że obserwacja sąsiadów z okna będzie na tyle intrygująca, że nie będzie mnie teraz zaczepiał i poszczekiwał. W każdym razie – przez Wami pierwszy odcinek z drugiego sezonu podcastu. Tym razem nie powiem Wam, ile odcinków Was czeka, bo sama tego nie wiem. Pomysłów mam kilkanaście, odcinków rozpisanych kilka, a jako osoba, która ma czasem problem z wypuszczeniem w świat dokończonej pracy, postanowiłam działać trochę bardziej spontanicznie i po prostu nagrać to, co już od kilku tygodni czeka na moim dysku. Sezon drugi otworzymy trochę nietypowo, bo będziemy się zastanawiać, czy Czesi… mają coś z Amerykanów. I odwrotnie. Zdaję sobie sprawę, że porównanie tych dwóch nacji jest co najmniej nieoczekiwane, ale zanim stwierdzicie, że to idiotyzm, dajcie mi kilkanaście minut. Chodźcie pogadać o tym, dlaczego Czesi czasami przypominają imperialistów zza wielkiej wody.
Pomysł na ten odcinek podcastu przyszedł do mnie, kiedy po raz enty przejeżdżałam przez góry w drodze z Poznania do Brna. Przekraczając granicę, nie tylko zmienia się architektura, język, ale także trochę klimat (pasmo górskie całkiem często zatrzymuje różne zjawiska pogodowe; ot, wjedzie się do Czech i nagle jest kilka stopni chłodniej). Przede wszystkim zmieniają się także ludzie. Nie jest dla Was tajemnicą, że Czesi od Polaków różnią się bardzo, w wielu aspektach, mimo że pozornie tak nam do siebie blisko. Dzisiejszy temat przyszedł do mnie przy pokonywaniu kolejnej górskiej serpentyny gdzieś pomiędzy Górami Orlickimi a Śnieżnikiem, kiedy przełączyłam się z polskiego radia na czeskie i z głośników popłynęła muzyka country.
Czeskie oblicze country
Country?! W Czechach? – zdziwicie się. Ano tak, to taka ciekawostka: kiedy jadąc przez polskie bezdroża z głośników przestaną sączyć się zdrowaśki z wszechobecnego w Polsce Radia Maryja (do teraz nie rozumiem, kto wydaje tej radiostacji pozwolenie na takie zasięgi!) i zamiast nich pojawi się skoczne country, do tego śpiewane po czesku, wiedzcie, że granica za Wami. I niech ten przydługi i zawiły wstęp będzie prezentacją dzisiejszego tematu: czy Czesi są jak Amicy, czyli innymi słowy – w czym Czechy przypominają Stany Zjednoczone Ameryki.
Teraz już pewnie totalnie popukacie się w głowę. Czesi? Amerykanów? Co oni mogą z nimi mieć wspólnego? To już prędzej Polacy, z ich niekończącym się uwielbieniem do posiadania samochodów, sporych przestrzeni, szybkich dróg i miłością do kapitalizmu (płynnie zmieniającą się w nienawiść do komunizmu) są dużo bardziej amerykańscy niż egalitarni i wykształceni, miłujący literaturę, Czesi – czyż nie?
Czy Czesi w ogóle lubią Amerykanów?
Ta sprawa jest jednak trochę bardziej skomplikowana. Rzeczywiście, my, Polacy, jako nacja pałamy większą niż Czesi miłością do Amerykanów. W rankingach popularności przeprowadzanych wśród Polaków Amerykanie stoją bardzo wysoko, jakiś czas temu wyprzedzili nawet Czechów (!). W czeskich rankingach popularności ich w ogóle nie znalazłam – to samo w sobie mówi sporo. Są jednak pewne aspekty, które nas, Polaków, od Amerykanów odróżniają, tymczasem są one wspólne zarówno dla Czechów i Amerykanów. Ciekawe, czy potraficie któreś odgadnąć?
Rzecz najbardziej chyba oczywista, to muzyka country. Skąd ona w Czechach? Jak to możliwe, że jadąc po Czechach autem, tak łatwo w radiu usłyszeć piosenki rodem z Dzikiego Zachodu? Czy to w ogóle trafne skojarzenie? Odnajdywanie takich niezwykłych tropów kulturowych jest naprawdę fascynujące – i powiem Wam, że kultura działa w sposób zawiły i nierzadko zaskakujący, trochę jak pływy oceanu, który czasem wedrze się na ląd i pozostawi po sobie nieoczekiwane słonowodne jeziorka. Tak było i w tym przypadku, bo był taki okres w historii, kiedy Czesi masowo fascynowali się amerykańskim Dzikim Zachodem i to do tego stopnia, że na początku XX wieku powstała w ówczesnej Czechosłowacji cała subkultura powiązana kulturowo właśnie ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki. Trend ten zdobył niemałą popularność, odpowiada za tak częstą obecność country w czeskiej radiofonii, i w gruncie rzeczy pozostaje istotny w czeskiej kulturze do dzisiaj, mimo że moda na amerykańskość dawno przeminęła; mało tego, wydaje mi się, że w czeskim społeczeństwie aktualnie panuje pewna moda na antyamerykańskość.
Tramping
Obstawiam, że co bardziej doświadczeni czechofile już wiedzą, do czego piję – do trampów, rzecz jasna. Trampowie to taki niezwykły fenomen czeskiej kultury, który pojawił się na początku wieku XX jako wyraz buntu młodego pokolenia przeciw rygorystycznym zasadom społecznym, które określały granice, w jakich toczyć się mogło życie. Wróćmy na chwilę do tamtego okresu – właśnie skończyła się niezwykle krwawa i wyczerpująca Wielka Wojna. Państwo, które od setek lat organizowało życie na terenach dzisiejszych Czech, Cesarstwo Austro-Węgier, rozpada się. Zgodnie z Konferencją paryską powstaje Czechosłowacja, twór nowy, nowoczesny, demokratyczny, zdecydowanie antycesarski i antykatolicki. Młodzi ludzie mają dość rygoru starego pokolenia, musztry wojennej, okropieństw wojny, surowych norm społecznych. Buntują się przeciw pokoleniu ojców, którzy walczyli za cesarza i mają jasno poukładany pogląd na świat. Chcą wolności. Chcą swobody. Chcą odetchnąć i uciec od konwenansów. Ucieka najpierw warstwa biedoty, która w naturze szuka odetchnięcia i romantyzmu, dopiero potem, kiedy trampowie stają się modni, dołącza do nich klasa średnia i bogata. Inspiracje czerpią z Dzikiego Zachodu, z twórczości amerykańskiego pisarza Jacka Londona (przede wszystkim z książki „The Road”, „Cesta”). Osiedlają się przy rzekach i potokach, w dolinach, w lasach. Budują osady, stawiają totemy, wybierają szeryfów. Cieszą się życiem. Z początku mówi się o nich jako o „dzikich skautach”, ale to pojęcia wkrótce zastępuje nazwa „trampowie”. Ze skautami im nie po drodze, bo skauci to jednak organizacja trzymająca pewien rygor i porządek, a w trampingu chodzi przede wszystkim o swobodę, wolność, wolną miłość, sprzeciwienie się zasadom.
Tak się składa, że na początku swojego istnienia Czechosłowacja wyprzedaje duże ilości starego i niepotrzebnego już wyposażenia wojskowego, które odziedziczyła po Cesarstwie. Te wojskowe namioty, plecaki czy buty świetnie nadają się do trampowania, czyli wędrowania po dzikszych ostępach czechosłowackiej krainy. Powstają trampskie piosenki, trampskie osady, trampski strój. To staje się stylem życia.
Czescy znani trampowie
Tramping nieodłącznie wiązał się z wodą i spływami kajakowymi. Trampowie, jak siebie nazywali, wyjeżdżali z miast na weekend (który w Czechach funkcjonuje jako dwa wolne dni na końcu tygodnia dużo dłużej niż w Polsce; widać to też w czeskim słowie víkend, które uległo już poczeszczeniu w przeciwieństwie do polskiego – albo raczej angielskiego – weekendu), a po nim wracali do normalnego życia, które prowadzili w mieście. Z biegiem czasu fenomen stał się popularny, a potem wręcz modny – a uczestnictwo zataczało coraz szersze kręgi. Z ludzi, których na pewno znacie, a którzy trampowanie uprawiali, był na przykład Franz Kafka. Tak, właśnie ten od słynnego „Procesu”.
Osady, których nazwy czerpały pełnymi garściami z romantyzmu i egzotyzmu Dzikiego Zachodu (np. Ztracená nadejě) i które, tak jak na porządnym Dzikim Zachodzie bywało, miały swoich szeryfów. Życie osady toczyło się wokół wspólnych biesiad, grania i śpiewania, ale także sportu. Sport pełnił bardzo ważną rolę w życiu trampów, którzy żywili przekonanie, że w zdrowym ciele zdrowy duch. W osadach nie brakowało np. boisk lub innych miejsc, w których można było sport uprawiać. Bardzo ważnym miejscem była także hospoda: zazwyczaj niezbyt piękna, raczej praktyczna, ale zawsze tętniąca życiem.
Początkowo trampom przypisywano poglądy lewicowe, a nawet – komunistyczne. Z tego względu niezbyt przychylnie patrzyła na nich I Republika, pogardliwie nazywając ich właśnie „dzikimi skautami”. Lekko nie mieli także później. Trampowie stoczyli potyczki z nazistami w czasach napięcia przed II wojną, a potem walczyli na wielu frontach, gdy ta już wybuchła. Łatwo nie było im także za komunizmu, paradoksalnie, można by powiedzieć, bo trampowie byli przede wszystkim ludźmi, którzy cenili wolność i swobodne myślenie. A takich ludzi nie lubi żaden reżim, prawicowy czy lewicowy, nie ma znaczenia.
Popularność trampingu
Skąd ta popularność, zapytacie? Jak to możliwe, że początkowo nieliczna subkultura stała się pewnego rodzaju fenomenem, który istnieje w Czechach już ponad 100 lat? Cóż, jedna z nasuwających się odpowiedzi jest oczywista – zamknięte granice nie sprzyjają wojażom na drugi koniec świata. Dla wielu ludzi wyjazd do chaty w osadzie był relatywnie prostym sposobem na relaks. Dodajcie do tego okazję do poznawania ludzi spoza swojego kręgu społecznego, dostępność piwa, piękne okoliczności przyrody – czy już rozumiecie, dlaczego taki sposób spędzania wolnego czasu mógł cieszyć się popularnością? Z czasem to trampowanie i chatareni weszło ludziom w krew, stało się częścią kultury, ważną, do dziś widoczną. Taka to właśnie historia, a teraz, kiedy, jadąc przez czeskie bezdroża, nastawicie w aucie radio, a z głośników potoczy się muzyka country, być może już nie będziecie z niedowierzaniem kręcić głową, tylko uśmiechniecie i wspomnicie subkulturę, która przyniosła do Czech szeryfów niczym z Dzikiego Zachodu.
Szeryfowie z bronią?
No dobrze, stwierdzicie, znalazłam jeden aspekt kultury czeskiej, który nawiązuje do kultury amerykańskiej. Czy to wszystko?… Oczywiście, że nie. W czeskiej kulturze i rzeczywistości istnieją jeszcze co najmniej dwa silne punkty, które mi osobiście bardzo kojarzą się ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki. Pierwszy z nich to kwestia dostępu do broni palnej.
Tak, wiem, to może niektórych szokować. Czechy, które uchodzą za bardzo bezpieczne miejsce i rzeczywiście w rankingu najbezpieczniejszych krajów w Europie (i na świecie też) zajmują bardzo wysokie pozycje, cieszą się co najmniej zaskakującą polityką dotyczącą prawa do posiadania broni. Skąd to uwielbienie do strzelania? Czy, podobnie jak w Stanach, w Czechach istnieje kult broni? Czy wiąże się to jakoś z historią?…
Zacznijmy od tego, że dostęp do broni jest w Czechach łatwiejszy niż, na ten przykład, w Polsce, czy innych krajach UE. Na tle Europy zresztą to właśnie Republika Czeska wyróżnia się bardzo liberalnym prawem dostępu do broni. Jej uzyskanie nie jest co prawda aż tak proste, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie w niektórych stanach wystarczy wejść do supermarketu i zapłacić, niemniej to właśnie Czechy w 2021 r. wpisały prawo do posiadania broni przez obywateli do konstytucji. Tak, nie przesłyszeliście się: nasz pacyfistyczny, to jest, w naszych wyobrażeniach, sąsiad, wpisał nie tak dawno temu do Listiny základních práv a svobod, czyli Karty podstawowych praw i wolności, będącej częścią czeskiej konstytucji, prawo mówiące o tym, że każdy obywatel ma prawo bronić życie swoje lub innego człowieka z bronią w ręce, przy założeniu, że dzieje się tak zgodnie z prawem.
W praktyce oznacza to, że zgodnie z konstytucją człowiek ma prawo tę broń posiadać, bo bez niej raczej ciężko byłoby się za jej pomocą bronić. Ta nowość weszła w życie z inicjatywy grupy, która złożyła inicjatywę ustawodawczą. Pod petycją podpisało się ponad 100 tys. czeskich obywateli, w tym osoby działające publicznie. Była to swego rodzaju odpowiedź czeskiej grupy interesów związanej z przemysłem zbrojeniowym na plany Komisji Europejskiej, która chciała ograniczyć prawo dostępu do broni w UE. Zmianę poparł parlament, a potem podpisał prezydent Zeman i tak oto prawo do posiadania broni stało się częścią czeskiej konstytucji.
Skąd uwielbienie do noszenia broni?
Skąd w Czechach takie umiłowanie prawa do noszenia broni? Niektórzy wskazują tu wojny husyckie i tradycje potrzeby obrony własnych przekonań przed grupami wpływu, nazwijmy to, pochodzącymi czy to z innej grupy społecznej, religijnej czy etnicznej. Rzeczywiście, to właśnie w tamtych czasach w języku czeskim narodziło się słowo pistolet, po czesku pistole, pochodzący od „pistali”, czyli swego rodzaju prototypu broni palnej, które wyemigrowało później, wraz z wynalazkiem, na cały świat.
W czeskiej historii rzeczywiście nie brakuje momentów, kiedy obywatelom zdecydowanie przydałaby się broń do obrony własnej i to na pewno mogło mieć wpływ na mentalność ludzi, na poczucie, że trzeba mieć przy sobie środki obrony, które mogłyby ich ochronić przed napaścią. Z drugiej strony, jestem dość sceptycznie nastawiona do takiego romantycznego wyjaśnienia miłośników noszenia broni w Czechach, bo przecież Czechy nie są jedynym krajem w okolicy, który został napadnięty zbrojnie, a nie wszędzie nie tylko prawa, lecz i nastroje, są podobne. Przypomnijmy, choćby w Polsce mamy jedno z najostrzejszych praw ograniczających dostęp do broni, tymczasem napaści zbrojnych w naszej historii nie brakuje.
Niemniej, wyjaśnienia zdecydowanie trzeba szukać w historii. Tylko, wydaje mi się, takiej trochę mniej pięknej i legendarnej. Cofnijmy się w czasie. Czechy, jako tereny królewskie Cesarstwa Austriackiego, a potem Austro-Węgier, są terenem dobrze rozwiniętym. Region jest zurbanizowany i dobrze skomunikowany, a do tego gęstość zaludnienia jest stosunkowo wysoka. Sytuacja jest stabilna; płynie tu wiele rzek, które ułatwiają transport. Do tego silne mieszczaństwo inwestuje w manufaktury, a ludność z miast łatwo można zrekrutować do fabryk. Czynniki te sprawiają, że spośród wszystkich regionów cesarstwa Wiedeń właśnie tereny Czech wybiera na rozwój przemysłu. I rzeczywiście tak się dzieje: w Czechach rozwija się wielki przemysł, na zawsze zmieniając oblicze tego kraju. W Zagłębiu Karwińsko-Ostrawskim wydobywa się węgiel, pojawia się huta w Witkowicach i Pribramie; w Libercu i Brnie rozwija się przemysł tekstylny (to ostatnie swego czasu nazywano wręcz „morawskim Manchesterem”; do dziś zresztą w krajobrazie miasta widać pozostałości po dawnych fabrykach, choćby w toku rzek); w miejscowościach bardziej górskich rozwija się szklarnictwo, np. w Karlowych Warach czy Jabloncu nad Nisou, no i ostatecznie to, co nas w dzisiejszym odcinku interesuje najbardziej: w Pilźnie powstaje fabryka motoryzacyjna. Wszystko to sprawia, że na przełomie XIX i XX wieku aż 70% produkcji przemysłu ciężkiego całych Austro-Węgier znajduje się właśnie w Czechach. Czechy dostarczają stali, węgla i rud dla całego Cesarstwa i są bardziej uprzemysłowione niż Austria czy Węgry; mało tego, po I wojnie światowej, nowopowstałe państwo, czyli Czechosłowacja, należy do 10 najbardziej uprzemysłowionych krajów na świecie.
Czeski przemysł
Przemysł wiąże się oczywiście z produkcją broni. Najstarszą fabryką, która początkowo produkowała broń, był warsztat rusznikarski w Pilźnie; ten później przekształcił się w wielki koncern Skoda, który dostarczał artylerię Cesarstwu. W drugiej połowie XIX w. pojawia się Česka zbrojovka w Strakonicach. Trend ten nie kończy się wraz z upadkiem AustroWęgier. Po zakończeniu I wojny Czechosłowacja otwiera zakłady zbrojeniowe w Brnie (Československá zbrojovka Brno) i Aero Vodochody, firmę produkującą samoloty, która zresztą działa do dzisiaj. W okresie międzywojennym Czechosłowacja należy do największych eksporterów broni na świecie. Moja opowieść zatacza coraz szersze kręgi, ale mam nadzieję, że już widzicie, do czego zmierzam. Historycznie Czechy są bardzo związane z przemysłem i produkcją broni; to nie jest temat obojętny dla ludzi. To temat, który zdecydowanie wpływał i nadal wpływa na czeską rzeczywistość. Być może teraz bardziej zrozumiała jest decyzja Hitlera, który przejął Czechosłowację bez jednego wystrzału (albo prawie bez żadnego). Niemcy przez całą wojnę bardzo korzystały z potencjału produkcji zbrojnej Czech.
Czeska broń a Izrael
Z tym okresem i eksportem broni z Czechosłowacji wiąże się jeszcze jedna historia; to właśnie Czechy posłały Izraelowi w krytycznym momencie jego powstania broń, dzięki której obronił się przed państwami arabskimi, które wypowiedziały mu wojnę. Cała akcja była oczywiście tajna i wykonana za aprobatą ZSRR; to było jeszcze w czasach, kiedy ZSRR popierał Izrael, licząc, że stanie się krajem komunistycznym. Później, kiedy sowiecki brat zmienił politykę i zaczął popierać kraje arabskie, stosunki czechosłowacko-izraelskie nie były tak dobre; ale konsekwencje tamtych działań możecie do dziś obserwować w polityce zagranicznej Czech. Czechy do teraz nastawione są bardzo proizraelsko, ich stosunki są bardzo dobre, nawet w obliczu tego, co dziś dzieje się w Gazie. To tak na marginesie.
Wróćmy do głównego tematu: czy tak silna obecność przemysłu zbrojeniowego wpływa na świadomość ludzi i ich podejście do broni? Myślę, że odpowiedź jest dość oczywista. Czesi broni się nie boją, i widać to w statystykach. Porównajmy te najbardziej podstawowe: podczas gdy w Polsce, która ma trochę ponad trzy razy więcej obywateli, jest zarejestrowanych ok. 250 tysięcy sztuk cywilnej broni palnej, w Czechach liczba ta wynosi od 1 do 1,1 mln sztuk. Różnica jest szokująca.
Oczywiście nie jest tak, że w Czechach można wejść do pierwszego lepszego sklepu i kupić broń. Prawo ogranicza możliwość jej posiadania; wcześniej trzeba przejść szkolenie, badanie i zdać odpowiedni egzamin. Czechy są jednak krajem, który dopuszcza noszenie broni, o ile jest ona ukryta (tzw. concealed carry), również w celu samoobrony. Ludzie wiążą prawo do jej noszenia z możliwością obrony siebie, swoich bliskich, a bardziej ogólnie: także przed ewentualnym wrogiem, czy to w postaci własnego rządu, który chciałby ograniczać ich prawa, czy jakiegoś potencjalnego najeźdźcy.
Strzelaniny w Czechach
Jak to się dzieje, że w takim razie nie słyszymy co chwilę o strzelaninach w Czechach? Cóż, na pewno wpływ na to mają ostrzejsze przepisy niż te w Stanach; każdy, kto taką broń chce posiadać, musi przejść odpowiednie badania i szkolenie. Dochodzi do tego także efekt skali: Czechy są znacznie mniejsze niż USA, więc liczba takich ataków jest po prostu niższa. Nie jest jednak tak, że czeska rzeczywistość to jakiś cud i takie wydarzenia wcale nie mają miejsca. Mają. I jak sięgniecie pamięcią wstecz, być może okaże się, że sami o niektórych z nich pamiętacie.
Najgłośniejszym echem odbiła się prawdopodobnie sytuacja z grudnia 2023 r., kiedy tzw. active shooter strzelał z broni, różnych jej rodzajów, w tym broni półautomatycznej, w różnych miejscach Pragi. Najpierw zastrzelił dwie osoby na obrzeżach czeskiej stolicy; kilka dni później zabił własnego ojca u siebie w domu, a potem ruszył do centrum. Dotarł do jednego z gmachów Uniwersytetu Karola i z jego balkonu otworzył ogień do studentów i pracowników Uniwersytetu. Zabił 14 osób, 15 ofiara zginęła w wyniku upadku z gzymsu, na który weszła, uciekając przed kulami. Sprawca również zginął, najprawdopodobniej popełniając samobójstwo.
To była do tej pory największa strzelanina, jaka miała miejsce w Czechach, i zdecydowanie najbardziej tragiczna. Ogłoszono dzień żałoby narodowej, a Pragą przeszedł marsz upamiętniający ofiary. W kraju otworzyła się debata dotycząca konieczności zaostrzenia przepisów umożliwiających posiadanie broni, szczególnie tej półautomatycznej. W wyniku tych wydarzeń w końcu przepisy zmieniono, m.in. skracając okres pomiędzy badaniami, które każdy posiadacz broni musi wykonywać, udostępniając lekarzom listę osób z pozwoleniem na broń, aby w razie kryzysu psychicznego pacjenta mogli od razu zwrócić uwagę, że posiada broń i reagować; wprowadzono możliwość prewencyjnego odebrania broni osobom, które mogą stanowić zagrożenie, a także elektroniczny system rejestru broni.
Wydarzenia praskie były najbardziej tragiczne, ale nie jedyne. Nie chcę zarzucać Was strasznymi szczegółami, wspomnę tylko, że podobne sytuacje miały miejsce np. w szpitalu w Ostrawie, w hospodzie w Uherským Brodzie, w restauracji w Petřvaldzie. W wielu przypadkach broń użyta w strzelaninach była posiadana legalnie. Między innymi ten fakt wymusił zmianę przepisów, które, jednak, jakby na to nie patrzeć, nadal pozostają jednymi z najbardziej liberalnych w całej Unii Europejskiej.
Czy Czechy są bezpieczne?
To był drugi aspekt, w których Czechy, paradoksalnie, dużo bardziej przypominają Stany Zjednoczone Ameryki niż na przykład Polska. Obstawiam, że to nie jest fakt, którym Czechy chwalą się w broszurkach turystycznych ani Wasza pierwsza myśl, kiedy wchodzicie do hospody w małym, czeskim miasteczku. Czy należy jednak z tego powodu Czech się bać? Nie wydaje mi się. To znaczy: wypadki i szaleńcy znajdują się wszędzie. Osobiście ucieszyłabym się, gdyby prawo czeskie bardziej przypominało to polskie, ale, dzięki Bogu, czeskie społeczeństwo póki co jest na tyle wyrównane, że strach przed kulami to zdecydowanie nie jest pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, kiedy idę na miasto. Nie jest to ani druga, ani trzecia, ani nawet ostatnia, bo zazwyczaj się o tym w ogóle nie myśli.
Nie przedstawiałabym jednak Republiki Czeskiej jako państwa złotego środka, które zezwala na posiadanie broni, lecz zabezpiecza je w taki sposób, aby uchronić się przed strzelaninami. Nie uważam, że chroni nas dostatecznie; przykłady strzelanin pokazują, że pozwolenie na posiadanie broni nie oznacza, że dana osoba rzeczywiście jest na style stabilna psychicznie i odpowiedzialna, żeby móc ją nosić. A broń to nie nóż, jej siła rażenia jest o wiele większa i bardziej śmiercionośna niż jakakolwiek inna broń osobista. Osobiście dodam jeszcze, że dzięki Bogu, że w Polsce prawo jest w tym zakresie tak ostre; teraz powiem coś, co jest tylko moim przeczuciem, ale wydaje mi się, że – z różnych powodów: historycznych, kulturowych, genetycznych, nie wiem – mamy w społeczeństwie o wiele więcej osób rzutkich, o ostrym temperamencie, porywczych, i osobiście cieszę się bardzo, że nie mają one tak łatwego dostępu do broni jak w Czechach. Inaczej większość niusów o ataku nożownika w Polsce zmieniłaby się w informacje o kolejnej tragicznej strzelaninie.
Grupy wpływów a czeska demokracja
Czy już Was przekonałam, że Czechy są trochę jak Stany? Nie? Bo mam tu coś jeszcze. Jak wiadomo, podział władzy w demokracji, przynajmniej teoretycznie, jest jasny: mamy władzę wykonawczą, czyli rząd, ustawodawczą, czyli parlament, i sądową, oraz tzw. czwartą władzę, czyli media. Rzeczywistość niestety wymyka się temu prostemu podziałowi, a linie wpływów niekoniecznie przebiegają tak, jak wyobrażali sobie twórcy obecnych ustrojów naszych krajów. Bolączką większości demokracji liberalnych są rosnące grupy wpływów, grupy gromadzące kapitał, czy to krajowy, czy pochodzący zza granicy, które przejmują np. media, po to, aby wywierać wpływ na władzę polityczną. W ten sposób klasa polityczna staje się swojego rodzaju przedłużeniem władzy gospodarczej. To jest prawda stara jak świat światem i, niestety, dotyczy także Republiki Czeskiej.
Czy to zaskakujące? I tak, i nie. Nie po raz pierwszy powiem, że społeczeństwo czeskie wydaje się, przy bliższym poznaniu, o wiele bardziej egalitarne niż to polskie. Przejawy bogactwa nie są aż tak oczywiste. Chwalenie się pieniędzmi należy do złego tonu. Czesi to przede wszystkim mieszczanie, którzy trzymają się pewnego decorum, i jeżdżenie przysłowiowym mercedesem po wsi albo stawianie sedesów ze złota nie stanowi symbolu narodowych aspiracji. Tak, jestem trochę złośliwa wobec naszego narodu, i być może kilku innych słowiańskich, trochę bardziej wschodnich, ale chcę tu nakreślić pewne porównanie. Czeski język sprzyja równości; nikt sobie tu nie „panuje”, za to wszyscy „wykają”. Uprzejmość, taka zwykła, jest w cenie. Dodajcie do tego piwo, powszechny trunek demokratyczny, które piją zarówno oligarchowie, jak i robotnicy, świetnie działający transport publiczny i wydawać by się mogło, że bardziej równościowego społeczeństwa ze świecą szukać. Gdzie to podobieństwo do ogromnie rozwarstwionego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych?
Czy Czechy są egalitarne?
Otóż: Republika Czeska, ta egalitarna i równościowa Republika, która rzekomo dba o najsłabsze klasy społeczne w swoim kraju, to pewnego rodzaju utopia. Nie istnieje. W Czechach też mamy grupy interesów, ba, oligarchów, i media, które służą ich interesom. I tak, telewizja publiczna trzyma wysoką jakość i obiektywizm, i TVP mogłaby się wiele od niej uczyć. Niemniej, jeśli spojrzeć na grupy najbogatszych Czechów, okaże się, że wielu z nich ma powiązania z tzw. czwartą władzą, innymi słowy: są właścicielami wielu różnych grup medialnych, czy to czasopism, portali, czy radiostacji, w których w taki czy inny sposób przedstawiają swoją, często konserwatywną, korzystną dla siebie, wizję świata. Być może dlatego w różnych czeskich radiostacjach nie raz zdarzyło mi się żarty co najmniej nieodpowiednie, których w polskich chyba nigdy nie słyszałam; zresztą, żarty to jedno, ale w konkretnych mediach można zauważyć konkretne światopoglądy, np. zdecydowanie przeciwne ekologii albo pojęciom tak rzekomo Czechom obcym, jak równouprawnienie czy równość między płciami.
Czeska oligarchia
Powiecie, że to moje wyobrażenia; być może. Faktem jednak pozostaje, że mamy w Czechach kilku biznesmenów, którzy konsolidują duże firmy z określonych branż, w tym media. Mamy oczywiście najbardziej znanego czeskiego biznesmena, z pochodzenia Słowaka, i czynnego czeskiego polityka, ponownie mianowanego premiera, Andreja Babiša. Działa w branżach agrobiznesu (tutaj szczególnie produkcja nawozów, chemii, żywności, rolnictwo), a także do niedawna w branży medialnej (należały do niego grupa Mafra: Mladá fronta Dnes, Lidové noviny, iDnes.cz, Rádio Impuls; dziś są formalnie częścią funduszu powierniczego). Babiš jest także bohaterem kilku niechlubnych afer, np. Čapí hnízdo, w której jedna z jego firm wyłudziła dotacje unijne na budowę centrum konferencyjnego. Zresztą, sprawa ta nie jest rozwiązana i wiele wskazuje, że ceną za piastowanie oficjalnego politycznego stanowiska będzie, przynajmniej symboliczne, oddanie posiadanego holdingu w ręce kogoś z nim niezwiązanego.
Babiš jest najbardziej znanym i jaskrawym przykładem czeskiego magnata, który łączy wielki biznes i politykę. Są jednak także inni, który mimo iż sami nie zdecydowali się wejść do świata polityki osobiście, pośrednio na nią wpływają, mają bowiem środki i cele. Wystarczy wymienić np. Daniela Křetínskiego, który jest właścicielem grupy EPH, która gromadzi elektrownie węglowe, gazowe i podobną infrastrukturę, a także koncern medialny Czech Media Invest (czyli np. Blesk, Aha!, Reflex, E15, Evropa 2, Frekvence 1). Pan Křetínski znany jest z tego, że za pomocą posiadanych mediów, również tych bulwarowych, kształtował nastroje społeczne w taki sposób, aby opinia publiczna była przeciwna transformacji energetycznej i wspierała węgiel. Jest to zdecydowanie osoba, z której siłą muszą liczyć się politycy sprawujący władzę.
Innym przedsiębiorcą, który pośrednio wspiera pewien establishment polityczny, jest Richard Chlad, przedsiębiorca związany ze światem motoryzacji, energii i hazardu. To również sponsor partii Motoriste sobe, która właśnie weszła do rządu. Pana Chlada charakteryzuje upodobanie do kontrowersyjnych wypowiedzi, ale też powiązania z czeskim półświatkiem z lat 90., Motoriste zaś w swoich poglądach są raczej antyeuropejscy, konserwatywni, dyskryminujący środowiska nieheteronormatywne.
Nie mam zamiaru zrobić tu listy najbogatszych Czechów; dość powiedzieć, że mimo iż rozwarstwienie społeczne pod względem zarobków w Czechach nie jest szczególnie wysokie, to jeśli weźmiemy pod uwagę majątki, jest już ogromne. Jego genezy można dopatrywać w prywatyzacji majątku państwowego w latach 90., której ojcem chrzestnym był znany polityk Václav Klaus. Warto tu wspomnieć wskaźnik Giniego, który stosuje się do określenia skali rozwarstwienia zarobkowego i majątkowego; wyraża się do w skali od 0 do 1, przy czym 0 oznacza równość, a 1 całkowitą nierówność. Pod względem zarobków wskaźnik jest umiarkowany i wynosi w Czechach 0,25–0,26, natomiast pod względem majątków wynosi aż 0,68–0,70, co oznacza, że 1% najbogatszych posiada kilkaset razy więcej niż przeciętny obywatel Czech. Dla porównania: w Polsce wskaźnik majątkowy wynosi 0,57, a najwyższy w UE jest w Szwecji, gdzie sięga aż 0,75. W USA oscyluje gdzieś w okolicach 0,8.
Oligopol?
Co ciekawe, Czesi tego raczej nie dostrzegają/do niedawna nie dostrzegali. Problemy, o których właśnie Wam opowiedziałam, mają oczywiście przełożenie na codzienne życie w Czechach: weźmy na przykład ceny energii, żywności, czy telekomunikacji. Wydaje mi się jednak, że Czesi dopiero niedawno odkryli, że ktoś „robi ich w balona”. W kontekście żywności dopiero niedawno odkryli, że ceny u sąsiadów są nierzadko sporo niższe, a jakość wyższa. Czy to coś zmieni? Na razie się na to nie zanosi.
Czeskie decorum nie pozwala na chwalenie się bogactwem, i rzadko widać, aby czescy magnaci tę zasadę łamali. Wręcz przeciwnie, można chyba powiedzieć, że dbają o prywatność i nie rzucają się ze swoim bogactwem w oczy. Na tym tle dość wyjątkowy jest Babis, który w mediach społecznościowych odsłania sporo prywatnego życia, ale, co paradoksalne, robi to, prezentując się jednocześnie jako człowiek z ludu (sic!), ktoś, kto walczy z establishmentem, i reprezentuje czeskiego everymana. No, do szarego obywatela raczej mu daleko, ale nie przeszkadza mu się na takiego kreować.
Na koniec tego odcinka podcastu muszę stwierdzić, że Republika Czeska w wielu innych aspektach rzeczywiście jest całkiem egalitarna, co ja osobiście oceniam pozytywnie: widać to, patrząc choćby na opiekę zdrowotną czy szkolnictwo. Ciekawa jestem, czy któreś z dzisiejszych porównań Was zaskoczyło. Dajcie znać w komentarzach i do usłyszenia w kolejnym odcinku.
M.
Źródła:
https://www.pap.pl/aktualnosci/kogo-polacy-lubia-najbardziej-ktore-nacje-nie-ciesza-sie-sympatia
