Czechy, Czeskie życie, Mentalnie

Weselmy się!… czyli czeski sposób na zabawę

Dzień to radosny, słoneczny, czerwono-złoty. Dlatego, aby go miło spędzić, zachęcam do przeczytania o tym, jak radują się i świętują nasi południowi sąsiedzi.

A więc: co robi Czech, jak świętuje?

Okazji do radowania się nigdy za wiele. Co robicie, kiedy przydarzy się Wam coś miłego i chcielibyście podzielić się tym wspaniałym uczuciem z całym światem?

Idziecie skoczyć ze spadochronem? Kupić kilogram ulubionych lodów? Sprosić wszystkich znajomych i nieznajomych do domu, by kolejnego dnia odnajdować nieznane Wam osoby w wannie i z potwornym kacem odbierać telefony od wściekłych sąsiadów?

Otóż w Czechach podobna sytuacja wygląda jednak trochę inaczej i po raz kolejny obrazuje to w ciekawy sposób różnice między nami – a nimi.

Czeskie świętowanie

Polacy cieszą się gromadnie i stadnie, ale zazwyczaj – u siebie. A przynajmniej jeszcze do niedawna jedną z częstszych form spotkań były tzw. domówki. Zaprasza się kilkoro znajomych, przygotowuje się zapiekankę i zgrzewkę piwa/wina/wódki, a do tego dodatkowe dla gości kapcie. Potem wszyscy, zaspokoiwszy apetyt, siedzą we wspomnianych pantoflach, popijają wybrany trunek i dyskutują, najpewniej o polityce/celebrytach/ostatnio napotkanym absurdzie.

Kiedy natomiast zaczęłam odwiedzać Czechy i Czechów regularnie i kiedyś z głupia frant zapytałam mego lubego, gdzie i jak mieszkają jego najbliżsi koledzy, szczerze i pełnym zdumienia głosem odparł, że w sumie to nie wie.

Zaintrygowana, rozpoczęłam małe śledztwo. Okazuje się, że Czesi w domach prawie (lub stosunkowo mało) się nie odwiedzają!

Do spotkań bowiem służą hospody oraz, ogólnie rzecz biorąc, miasto. A życie towarzyskie w centrach, na przedmieściach, na rogach ulic i w ogródkach wręcz kwitnie.

Dom to rzecz prywatna. Święta niemal. Forteca. Po co więc wpuszczać kogokolwiek do swoich pieleszy, skoro można spotkać się przy piwku i domowym jedzeniu w barze na rogu?…

Do tańca!

Kolejną rzeczą, która wywołała u mnie niemały szok kulturowy, a także kazała spojrzeć na braki we własnej edukacji, była pierwsza taneczna impreza w Czechach. Tak się akurat złożyło, że były to morawskie hody (o których w szczególe poczytać możecie tutaj) – czyli folklorystyczna impreza, na której wino i taniec odgrywają pierwsze skrzypce. A więc – przy takiej właśnie okazji – okazało się, że ja, wyedukowana Wielkopolanka, nie mam po pierwsze pojęcia o piciu wina (np. nie zdaję sobie zupełnie sprawy z wagi sposobu trzymania kieliszka) a po drugie, wstyd się przyznać, absolutnie nie umiem tańczyć. I nie biorąc nawet mojego antytalentu muzyczno-nożno-koordynacyjnego, po prostu nie znam ani kroków, ani rytmu, ani po prostu niczego, a po parkiecie poruszam się jak ostatnia kuternoga, krzywdząc siebie oraz osoby w najbliższym otoczeniu. Cóż, życie.

Taneční

Piwna giełda

Okazuje się jednak, że Czesi w okolicach licealnych, tłumnie i gromadnie zakupują pierwsze prawdopodobnie w życiu eleganckie suknie balowe/garnitury i ruszają na co tygodniowe lekcje tańca. Tam razem doświadczają pierwszych parkietowych upokorzeń, oszczędzając ich sobie na wszystkich następujących później imprezach. Jak się okazuje, taki proces inicjacji tanecznej daje ogromnie dużo, zważywszy, jak dobrze Czesi tańczą. Ta znajomość rozciąga się poprzez pokolenia i wierzcie mi – niezależnie, czy poprosi Was do tańca starszy pan czy jego wnuczek, możecie spodziewać się nienagannego prowadzenia, elegancji i braku podeptanych butów. Czego niestety nie doświadczyli nieszczęśnicy, którzy do tańca poprosili mnie 😉 Dostrzegam tutaj pewien ślad dawnych austriackich tradycji; czasu wiedeńskich balów, sukien, karoc, książąt i księżniczek, ale może się mylę. Ten duch austriacko-węgierski spotyka się jednak w Czechach niemal na każdym kroku.

Co Čech, to muzikant

Czego jeszcze nam do dobrej zabawy brakuje?… Muzyki, rzecz jasna.

Co jest szczególnego w czeskiej muzyce?

Może właśnie to, że jest czeska. Wszystko to prawdopodobnie wiąże się z podejściem do języka narodowego – które całkiem różni się od tego, jak my podchodzimy do języka polskiego – a całkiem przypomina mi np. francuską obsesję nt. kwot francuskich piosenek we francuskich rozgłośniach radiowych. Ten akurat zapis w Polsce także obowiązuje (bodajże 30% wszystkich piosenek granych musi być w języku narodowym), jest jednak obchodzony powszechnie grywaniem polskiej twórczości po godzinie 24 (spróbujcie usłyszeć obcojęzyczną piosenkę w radiu o tej godzinie…). W Czechach jest inaczej. Tam zupełnie normalnym jest słuchaniem czeskich coverów przebojów, które my, Polacy, słuchamy w oryginale. To ma oczywiście swoje dobre i złe strony: z językami obcymi u nas jednak zdecydowanie lepiej, a jednak, ten polski naprawdę na tym czasem cierpi. Tak więc, gdy będziecie następnym razem w Czechach i puścicie radio, nie zdziwcie się, gdy usłyszycie np. to:

Tym wesołym akcentem się dziś z Wami żegnam

alfa