— Ciekawe regiony i miasta, Poznaj Czechy —

Kraj Środkowoczeski

Cześć, witam Was w 2 odcinku 2 sezonu Czeskiego Radia o Kraju Środkowoczeskim.

Kraj Środkowoczeski

Mówi się, że kraj tworzy geografia. Jest to stwierdzenie, które sprawdza się pewnie w przypadku wielu krajów, a Republiki Czeskiej – szczególnie. Dziś chciałabym Was zabrać na trochę nietypową wyprawę – bo będzie to swego rodzaju zapis podróży, jaką razem z moim Honzą i Fredziem, naszym czworonożnym przyjacielem, odbyliśmy na końcu czerwca. To była wyprawa nie byle jaka, bo zaplanowana razem z Czeską Organizacją Turystyczną, z którą mam przyjemność przy tym odcinku współpracować. Innymi słowy: byliśmy trochę reporterami, którzy wyruszyli odkrywać Kraj Środkowoczeski, po to, aby przybliżyć Wam ten póki co niezbyt w Polsce znany zakątek Czech.

Obwarzanek wokół Pragi

Kraj Środkowoczeski jest dokładnie tam, gdzie wskazuje jego nazwa – w samym środku historycznych Czech. Innymi słowy – wszędzie wokół Pragi. Jak spojrzycie na mapę i znajdziecie na niej czeską stolicę, to skupcie się na obwarzanku wokół niej. To wszystko to właśnie Kraj Środkowoczeski; paradoksalnie jedno z najmniej odwiedzanych przez Polaków czeskich województw. Dlaczego paradoksalnie? Ano dlatego, że atrakcji tu zdecydowanie nie brakuje! Praga jednak ma taką siłę przyciągania, że wielu czechofilów czuje się nią olśniona i oszołomiona, w skutek czego zapomina, że – pomimo że czeska stolica sama w sobie jest przecież zachwycająca – Czechy mają do zaoferowania znacznie więcej. A to słynne „coś więcej niż tylko Praga” zaczyna się właściwie od razu za jej granicami. Już tam możecie znaleźć prawdziwie magiczne zakątki.

Kraj Środkowoczeski: co zobaczyć?

Kraj Środkowoczeski to przede wszystkim zamki, ale też piękne miasteczka, z zapisaną na liście UNESCO Kutną Horą na czele. Kutna Hora, ze swoimi winnicami, historią wydobycia srebra i świątynią pw. Św. Barbary, opiekunki górników, a także słynną kostnicą, największą tego rodzaju w Europie, to zdecydowanie miejsce warte odwiedzenia – szczególnie, jeśli jesteście w Pradze na krótko i macie jeden dodatkowy dzień na wypad za miasto. Myśmy jednak poszli innym tropem i, jak możecie się domyślać po wstępie, był to trop geograficzny.

Trzy wielkie rzeki

Gdy spojrzymy na mapę Czech, łatwo zauważyć, że wiele cudownych zamków, klasztorów i miasteczek nie powstało przypadkiem – lecz łączy je woda. W tym odcinku ruszymy więc tropem trzech wielkich czeskich rzek: Sázavy, Berounki i Wełtawy – żeby zobaczyć, jak przez setki lat kształtowały historię Czech.

W Czechach nie ma zbyt wielu jezior, większość zbiorników rekreacyjnych to zalewy lub ewentualnie stawy; to nie oznacza jednak, że brakuje tu wody. Jeśli w Czechach chce się zażyć prawdziwej wodnej przygody, jedzie się po prostu nad rzekę. W Kraju Środkowoczeskim tych rzek nie brakuje: płynie tu wielka Łaba, słynna Wełtawa, ale też mniej w Polsce znane, ale równie interesujące Berounka i Sázava.

Woda i historia

Każda z nich jest pod pewnym aspektem intrygująca i z każdą wiąże się inna historia. Postanowiliśmy wokół nich stworzyć trasę, która poprowadziła nas przez kilka różnych epok historii Republiki Czeskiej i pozwoliła trochę lepiej poznać ten kraj, a dziś motyw ten będzie pretekstem do opowiedzenia kilku ciekawych historii. Rzeki od zawsze zresztą stanowiły pewien motor rozwoju i to wokół nich często koncentrowało się życie miast i państw. Rzeki stanowiły miejsce ucieczki od dotychczasowego życia, były symbolem pożądanej wolności i dawały pewnego rodzaju schronienie. Wokół rzek powstawały klasztory, zamki, które kontrolowały przeprawy, huty szkła korzystały z płynącej w nich wody; w końcu to nimi spławiano przez kraj drewno lub inne towary, a z kolei dziś nierzadko stanowią turystyczną oś regionu.

Sázava i jej przyciągający czar

Naszą wyprawę zaczęliśmy od rzeki Sázavy. Sázava to rzeka, która w Polsce znana będzie prawdopodobnie tylko dość zaprawionym czechofilom, tymczasem w Czechach jest jedną z bardziej znanych rzek, na którą jeździ się „na vodu”. Na vodu – oznacza oczywiście na spływ. Sázava słynie z dość wymagających pierzei, które emocji dostarczą nawet bardziej doświadczonym kajakarzom, ale to turystyczne oblicze to tylko jeden z jej aspektów. Nad Sázavę w poszukiwaniu spokoju i spotkania z Bogiem w drugiej połowie X wieku przybył późniejszy św. Prokop; dziewięćset lat później ta sama rzeka obietnicą wolności przyciągnęła z kolei innych poszukiwaczy życia wolnego od pogoni za doczesnością – trempów.

Klasztor w Sázavie

Od nazwy rzeki pochodzi nazwa miejscowości, w której klasztor św. Prokopa się znajduje. To Sázava, dziś nieznana i licząca niewiele ponad trzy tysiące mieszkańców miejscowość, kiedyś łączyła kulturę Zachodu ze Wschodem. Tutaj właśnie swoje miejsce na Ziemi znalazł pustelnik Prokop, później ogłoszony świętym. Prokop przybył tutaj w poszukiwaniu spokoju i połączenia z Bogiem, notabene zostawiając swoje wcześniejsze życie kapłana, męża i ojca (tak, to się wówczas nie wykluczało). Z biegiem czasu stworzył prężną wspólnotę, stał się symbolem i opatem klasztoru. Legenda mówi, że jeszcze w czasach, gdy żył w położonej w środku lasu jaskini, napatoczył się tam po polowaniu spragniony i wygłodniały książę Oldřich. Prokop go nakarmił i napoił i tak zachwycił swoim stylem życia, że ten ufundował mu klasztor. Niezwykłe w tej historii jest to, że klasztor był benedyktyński, należał do Kościoła zachodniego, ale posługiwano się w nim językiem i tradycją staro-cerkiewno-słowiańską. To ten sam język, którego używali słynni w Czechach, i nie tylko, święci: Cyryl i Metody.

Dzieje samego klasztoru były skomplikowane: słowiańskich mnichów z Sázavy wypędzano, i to dwukrotnie. Po 1096 r., kiedy mnichów wypędzono po raz drugi, w klasztorze przestaje się modlić w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. Fakt ten jest potwierdzeniem, że w Czechach ostatecznie zwycięża łacińska tradycja chrześcijaństwa.

Dzisiaj w kompleksie klasztornym znajduje się niedokończona budowla kościoła św. Prokopa – z kościoła zachowało się prezbiterium, krypta, fragment południowej nawy i wieża. Jego budowę przerwano, gdy w trakcie wojen husyckich do Sázavy wkroczyły wojska praskie; nigdy jej już nie wznowiono. Można więc powiedzieć, że przerwana budowa jest sama w sobie ciekawym zabytkiem burzliwej historii czeskiego chrześcijaństwa. Ciekawe w tej historii jest to, że Prokop przybył nad Sázavę w poszukiwaniu odosobnienia, tymczasem nie dość, że rzekę oswoił, to za jego sprawą w tym miejscu na wiele lat powstało centrum życia duchownego.

Český Šternberk

Sázavę oswajano jednak na wiele sposobów, na przykład budując nad nią zamki. O tym, że w Czechach zamków i pałaców jest mnóstwo, na pewno nie muszę Was przekonywać. Przyznam się Wam szczerze, że do tej pory nie przepadałam szczególnie za zwiedzaniem ich wnętrz – przede wszystkim, że mam nie najszczęśliwsze wspomnienia z wycieczek szkolnych, chodzenia po pałacach w pantoflach i słuchania monotonnych opowieści o dawnych właścicielach, po których zostały już tylko zakurzone pamiątki. Tym razem miałam jednak okazję przekonać się, że opowieść o mieszkańcach zamku może być fascynująca.

Rzekę często utożsamiamy z upływem: wody, ale i czasu. Tymczasem zamek, który udało nam się odwiedzić, skryty w dolince, lecz jednocześnie pnący się dumnie na skarpie nad rzeką, trochę jakby przeczył tej zasadzie. Český Šternberk, bo to o nim mowa, jest bowiem od prawie 800 lat, niemal nieprzerwanie, w rękach jednej i tej samej rodziny. Jeśli to nie jest opieranie się wyrokom czasu, to nie wiem, co nim jest.

Oczywiście nie jest tak, że historia zamek i rodzinę Šternberków omijała. Wręcz przeciwnie! Udało im się jednak powracać, nawet jeśli okoliczności wydawały się niesprzyjające. Sam ród, według legendy, pochodzi od biblijnego króla Kacpra, który wraz z dwoma innymi mędrcami przybył do Betlejem złożyć dary i pokłonić się nowonarodzonemu Jezusowi. Gwiazda z herbu rodu ma przypominać Gwiazdę Betlejemską, która trzech króli prowadziła. Zresztą, nazwisko rodu to połączenie „Štern”, czyli gwiazdy i „Bergu”: skały. Šternberk przeszedł w historii w ręce rodzin innych niż jego pierwsi właściciele tylko dwa razy: w XVIII wieku, kiedy linia Holických ze Šternberka wygasła (zamek odkupił inny Šternberk po ponad stu latach) oraz po wojnie, kiedy komuniści zamek znacjonalizowali. Nigdy jednak nie przeznaczyli go do celu innego niż bycia świadkiem historii – ówczesny wywłaszczony właściciel zamku, Jiří Sternberg, został jego zarządcą i przez kilkadziesiąt lat, właściwie aż do swojej śmierci, oprowadzał po nim odwiedzających. Po upadku komunistów zamek wrócił w ręce prawowitych właścicieli i pozostaje w nich do dziś, cudownie prezentując się na skale nad rzeką Sázavą. Na mnie osobiście wrażenia zrobiły wnętrza średniowiecznego zamku, które przerobiono na piękną arystokratyczną rezydencję. Gdybyście chcieli przenieść się w czasoprzestrzeni i poczuć się jak w baśni, wystarczyłoby zrobić spacer po głębokich, okalających zamek lasach, a potem wrócić do Šternberka i skryć się w przytulnych wnętrzach zamku.

Magiczny świat tuż za Pragą

Sázava okazała się pięknym wakacyjnym motywem przewodnim. Myśmy dojechali nad nią z Brna, ale jeśli będziecie turystami, którzy przyjechali do Pragi i zapragną jej doświadczyć – nic prostszego. Jest tuż za przysłowiowym rogiem – i między innymi dlatego od lat stanowi miejsce ucieczek z wielkiego miasta na łono przyrody. To właśnie Sázava jest jedną z najpopularniejszych czeskich trempskich rzek. Znajdziecie tutaj zupełnie inny świat: pełen nieoczekiwanych krajobrazów w postaci rzeki wijącej się w wysokim kanionie, okalających ją lasów, skał i trempskich chat osadzonych wzdłuż wielu kilometrów płynącej rzeki. Zresztą, polskie określenie „chaty” to pewne niedopowiedzenie – dla osób, które oglądają, wklejam zdjęcia, dla osób słuchających – wyobraźcie sobie mniejsze, ale też wielkie domy z bali, które wyglądają niczym rodem przeniesione z Oregonu, na których wiszą poroża i powiewają amerykańskie flagi. To nie jest metafora; na wielu z nich naprawdę powiewają amerykańskie flagi, a poroża zdobią większość ścian. Chaty położone są w niezwykłych miejscach – człowieka zadziwia, że komuś mogło przyjść do głowy, że w takich miejscach da się postawić dom. Na skarpach, wybudowanych podestach nad przepaściami, na skalistych brzegach – nie zmienia się tylko jedno: rzeka, która szumi w dole.

Czy Czechy to tylko małe miasteczka?

Czechy często kojarząsię nam z małymi miasteczkami, kulturą mieszczańską, knedlikiem i piwem. Sázava to nie jest ten świat. Trempowie uciekali właśnie przed takim życiem: uporządkowanym, o wyznaczonej trajektorii i sztywnych ramach. Szukali wolności. Wyobraźcie to sobie: są lata tuż po I wojnie światowej, znany, stary świat właśnie się rozsypał. Wszędzie wokół wspomnienia setek tysięcy ludzi, którzy zginęli w okopach i na frontach (notabene, ta wojna jest nadal, po ponad 100 latach, widoczna w czeskich miejscowościach i wioseczkach, i to bardziej niż II; jeśli będziecie nawet w największej czeskiej pipidówie, istnieją spore szanse znalezienia w centrum osady tablicy pamiątkowej z nazwiskami poległych). Rodzi się nowe państwo, ustala nowy porządek. Ludzie starają się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości; wyobrażam sobie, że starsze pokolenie chce wrócić do tego, co było, do zasad, które działały przez setki lat i których powrót miał dać im jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa. Ale młodzi nie chcieli takiego życia; raz przełamane okowy surowych społecznych reguł dały nadzieję na nowe i lepsze życie; jednym udawało się z nich uciekać bardziej, innym mniej. Niektórym tylko na weekend, na łono przyrody, gdzie nie obowiązywały sztywne zasady mieszczańskiego życia, ale panował duch przygody.

Sázava i duch przygody

Minęło ponad sto lat, a na brzegach Sázavy tego ducha czuć nadal. Wiedząc o tej niezwykłej przeszłości pobrzeża Sázavy, wybraliśmy się go zaznać. Postanowiliśmy dojechać do jednej z podpraskich miejscowości, Petrova u Prahy, przez którą jedzie tzw. słynny Posázavský Pacifik. To linia kolejowa, którą uruchomiono z Pragi do Posazavi, czyli regionu wokół Sázavy, już na początku XX wieku. Pociąg jedzie wzdłuż rzeki, często brzegiem kanionu, i dostarcza niezwykłych widoków na rzekę. Wcale nietrudno sobie wyobrazić, że jest się gdzieś na Dzikim Zachodzie…

Dziki Zachód… w Czechach?

Dwadzieścia lat później, już po I. wojnie, otwarto tu także słynną, ok. 10 kilometrową ścieżkę prowadzącą przez urokliwe pobrzeże rzeki i trempskie osady o intrygujących nazwach: Toronto, Dakota, Ajax czy Kadjak. Traskę tę można oczywiście zrobić w jedno popołudnie, ale można też znaleźć w jednej z okolicznych osad nocleg, wykąpać się w rzece (albo ją spłynąć), udać się wieczorem do jednej z trempskich osad i poczuć tę niezwykłą atmosferę. Wydaje się, że każda kultura mainstreamu, którą w Czechach niewątpliwie była kultura mieszczańska, ma swoje przeciwieństwo, pewną subkulturę, usytuowaną trochę na obrzeżach tego, co wypada i co nakazuje dobry gust porządnego mieszczanina. Trempowie bez wątpienia taką subkulturę stworzyli; powstało fascynujące uniwersum rodem z Dzikiego Zachodu, którego, jeśli wiecie gdzie szukać i dokąd zawędrować, można zażyć jeszcze dzisiaj.

Idylliczna Berounka

Drugą czeską rzeką, wielką nie tyle ze względu na swoje faktyczne rozmiary, ale ze względu na wagę kulturową, którą odwiedziliśmy, była Berounka. Ta nieznana chyba w Polsce rzeka rozciąga się od Pilzna aż do Pragi, w której stanowi największy lewobrzeżny dopływ słynnej Wełtawy. Berounka w niczym jednak Wełtawy nie przypomina. Przede wszystkim to rzeka nieuregulowana, która swobodnie meandruje, najpierw przez Czechy Południowe, potem przez Kraj Środkowoczeski, przepływając na przykład przez skalny wąwóz, tworząc niezwykłe widoki. Między innymi dlatego to rzeka często wybierana na spływy kajakowe, szczególnie popularne na jej niższym biegu. Berounka i Berounsko, czyli region wokół rzeki, to także miejsce, które odegrało niemała rolę w książce Oty Pavla „Śmierć pięknych saren”. Idylliczne scenki z czeskiej prowincji, które przeżywali bohaterowie powieści odgrywały się właśnie nad Berounką; autor bardzo dużo czerpał z rzeczywistości, a dziś nad tą właśnie rzeką znajdziecie miejsca, w których kręcony był film z lat 80. o tym samym tytule.

Ukryte światy w głębokich dolinach

Nas Berounka uraczyła niezwykłym upałem – czy wspomniałam już, że w tygodniu naszej wyprawy Czechy nawiedziła fala potwornych upałów i na zewnątrz było niemal 40 stopni? W takiej aurze nawet woda w Berounce osiągała niewyobrażalną temperaturę 30 stopni i nie przynosiła wyczekiwanego ukojenia. Udaliśmy się po nie w dwa położone w pobliżu miejsca: do klasztoru Jana Pod Skałą oraz do Jaskini Koniepruskiej.

Svatý Jan pod Skalou

Zacznijmy od klasztoru benedyktynów, znanego pod enigmatyczną nazwą Svatý Jan pod Skalou. Legenda mówi, że syn słowiańskiego księcia, Ivan, przybył tutaj w poszukiwaniu odosobnienia. Zamieszkał w jaskini, a Bóg przysłał mu łanię, która karmiła go własnym mlekiem. W jaskini natomiast czyhały na niego demony, które zwalczał krzyżem otrzymanym od samego św. Jana Chrzciciela, który się Ivanowi ukazał. Istnienie postaci Ivana nie jest do dziś udowodnione, jednak przekaz o niezwykłym świętym pozostał przez wieki na tyle silny, że z biegiem lat powstał tu klasztor benedyktyński.

Dziś kompleks służy jako placówka edukacyjna, wcześniej znajdowała się tu szlachecka siedziba, a także więzienie i archiwum. Miejsce jest jednak zdecydowanie niezwykłe i warto je odwiedzić, choćby na piechotę, wybierając się na jeden z pobliskich szlaków. Mnie zachwyciło to, jak bardzo schowane jest ono przed światem zewnętrznym, w głębi długiej doliny, pod wysoką, robiącą dość imponujące wrażenie skałą. Dzisiejszy kościół był kilkukrotnie przebudowywany ze względu na miękkie podłoże, które powodowało, że budowla osiadała i niszczała. Znajdziecie tu też ponoć cudowne źródełko (ale dziś zanieczyszczone bakteriami, także lepiej z niego nie pić) oraz słynną jaskinię, nad którą dobudowano świątynię. Jaskinia, położona z boku, trochę poniżej poziomu kościoła, kryje niewielką kaplicę oraz miejsce pochówku setek mnichów, którzy tu przez lata żyli. Zdecydowanie niezwykłe miejsce.

Jaskinia Koniepruska

Jako że upał nie dawał za wygraną, schronienia szukaliśmy także pod ziemią. Berounsko charakteryzuje się sporymi ilościami wapieńca, a to z powodu ciepłego morza, które znajdowało się na tych terenach ponad 400 milinów lat temu. Dziś jego dawny obszar znamy pod nazwą Czeskiego Krasu. Mnóstwo tu złóż wapiennych, czynnych i już zamkniętych kamieniołomów, a także jaskiń. W jednej z nich, Jaskini Koniepruskiej postanowiliśmy się trochę schłodzić. Co ciekawe, odkryto ją stosunkowo niedawno, bo dopiero w latach pięćdziesiątych. Górnicy, którzy przyszli tu z zamiarem wydobywania wapna, przypadkiem odkryli jaskinię: świat, który schowany był przez setki lat. Jak się później okazało, jaskinia nie była jednak tak zupełnie nieznana ludziom, bo znaleziono w niej resztki świadczące o tym, że w XV wieku ktoś prowadził tutaj mennicę fałszywych monet. Potwierdziło to miejscową legendę, która krążyła wśród okolicznych mieszkańców. Ślady odnalezione przez naukowców potwierdziły, że ktoś tu kiedyś rzeczywiście fałszował pieniądze.

Kiedy jedzie się przez Kraj Środkowoczeski, można odnieść wrażenie, że jest niepozorny. Nie widać spektakularnych szczytów; droga często prowadzi przez łagodne wzgórza, lasy, przypominając już trochę idylliczną krainę Czech Południowych. To nie znaczy jednak, że region nie kryje niespodzianek. Okazuje się bowiem, że wśród niepozornego krajobrazu znaleźć można głębokie doliny, które kryją prawdziwe perełki.

Czeski Wielki Kanion: Velká Amerika

Velká Amerika wcale nie przypomina Czech. Jest trochę jak z innego świata. A biorąc pod uwagę, że nierzadko odgrywa rolę scenografii różnych kręconych w Czechach filmów i zobaczyć w niej można, na ten przykład, osadę rodem z Dzikiego Zachodu, to wrażenie się potęguje. Velká Amerika to powstały po kamieniołomie wąwóz, dziś częściowo zalany wodą. Wapienne podłoże sprawia, że woda w nim stojąca przybiera cudownie turkusową barwę, a całość wygląda oszałamiająco. Znajduje się niecałe 30 km od Pragi. Zejście w dół, do wody, jest niedozwolone, można go jednak podziwiać z przygotowanego parkingu oraz punktów widokowych. W pobliżu znajdują się jeszcze dwa podobne zalane kamieniołomy, które łączą zalane korytarze nieużywanych już sztolni.

Karlštejn: zamek jak z… musicalu

Kolejną z perełek jest zamek Karlštejn. Jeśli macie coś wspólnego z Czechami, to na pewno wiecie, o czym mówię; jeśli nie, to jest to prawdopodobnie jeden z najsłynniejszych i najbardziej spektakularnych zamków w Republice Czeskiej. Zbudowany na rozkaz samego Karola IV służył jako skarbiec regaliów cesarskich Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, a potem czeskich klejnotów koronacyjnych. Dziś stanowi świetny punkt wycieczkowy i ważny element kultury, obecny także w wielu np. filmach – być może kojarzycie najsłynniejszy prawdopodobnie musical pt. Noc na Karlštejně z lat 70. Utwory z tego filmu do dziś usłyszeć można w radiu, a cała historia osadzona jest na kanwie legendy, według której cesarz zakazał wstępu na zamek kobietom.

Huta szkła w Nižborze

W dolinie rzeki Berounki znajduje się jeszcze jedno intrygujące miejsce. Huta szkła w Nižborze to niezwykłe miejsce będące świadkiem historii, ale dziś także prężne przedsiębiorstwo, które specjalizuje się w produkcji artykułów szklanych. Szklarski ród Rückl przybył tutaj na przełomie XVII i XVIII wieku, a sama huta szkła w Nižborze powstała w połowie weku XIX. Złoty okres przeżywała w międzywojniu; po przejęciu władzy przez komunistów zakład został upaństwowiony, a produkcja burżuazyjnych i luksusowych produktów – przerwana. Tradycję udało się jednak uratować po 1989, kiedy od państwa czeskiego odkupił go wnuk założyciela, Jiří Rückl. Dziś przedsiębiorstwo znowu produkuje luksusowe produkty, a także oferuje turystom możliwość podejrzenia produkcji wazonów, szklanek i kieliszków. Istnieje także możliwość wzięcia udziału w warsztatach dmuchania szkła, malowania czy szlifowania produktów.

Wspaniała Wełtawa

Nasza podróż nie byłaby pełna, gdybyśmy w naszym planie nie umieścili doliny Wełtawy. Wełtawa sama w sobie jest tak długą i dużą rzeką, że w pewien sposób tworzy cały mikrokosmos, i to nie tylko przyrodniczy, chociaż to oczywiście, a może przede wszystkim, również, ale także kulturowy. Jadąc znad Berounki w stronę Wełtawy, wieczorem, kiedy temperatura na zewnątrz dochodziła do 38 stopni Celsiusza, zaczęliśmy powoli zjeżdżać w dół. Celem był pensjonat położony właściwie tuż nad rzeką. Jadąc, nie zdawałam sobie sprawy, o ile niżej rzeka płynie i jak głęboka jest jej dolina. Teren zaczął się obniżać, a wraz z nim temperatura. Po licznych serpentynach, w końcu, naszym oczom ukazało się koryto rzeki – samej rzeki nie dostrzegliśmy, bo przykrył ja welon mgły. Z tej gęstej niczym mleko mgły zobaczyliśmy tylko żagiel żaglowca, który akurat po Wełtawie sunął i wyglądał niczym obiekt z innego świata. I to rzeczywiście był inny świat, bo kiedy spojrzeliśmy na termometr w samochodzie – ten ukazywał… zaledwie 22 stopnie Celsiusza. Temperatura spadła o szesnaście stopni w zaledwie kilkanaście minut! Wełtawa, przynajmniej na tym odcinku, działa bowiem jak wielki system klimatyzacyjny. W ciągu dnia, owszem powietrze się nagrzewa, ale jak tylko znika słońce – rzeka ponownie przejmuje we władanie swoją krainę i miłosiernie chłodzi ją, przywracając wszystko do życia.

Fenomen kulturowy

Wspomniałam już, że Wełtawa w Czechach to pewien fenomen. Ta największa czeska rzeka, swoje źródła mająca na Szumawie, a bieg kończąca w falach Łaby, słynie z kultowych spływów kajakowych – te najbardziej znane odcinki znajdują się jednak w Czechach Południowych. W Kraju Środkowoczeskim Wełtawa jest już na tyle potężną rzeką, że odpowiedniejszym środkiem lokomocji wydaje się łódka lub żaglówka. Wełtawa jest także fenomenem technicznym.

Wełtawska Kaskada

Wełtawska Kaskada, po czesku znana jako Vltavská kaskáda, to ogromny projekt architektoniczno-techniczny, zrealizowany przez Państwo Czeskie w latach od 1930 do 1992. Składa się na niego 9 tam i zalewów powstałych na Wełtawie, w tym tama tworząca największy zalew w Republice Czeskiej, czyli słynne czeskie morze, Lipno, a także zalew zatrzymujący największą objętość wody z czeskich zalewów, czyli Orlík. Ten ostatni cieszy się dość mroczną sławą w Czechach, ponieważ wiąże się z nim historia serii zabójstw z lat 90., kiedy w Czechach walczyły ze sobą różne odłamy bałkańskiej i nie tylko mafii. Świetnie opowiada o tym serial Devadesátky, wyprodukowany kilka lat temu przez czeską telewizję – jeśli chcielibyście zobaczyć, jak wyglądały szalone lata 90. w Czechach, to jest to świetna propozycja na jesienne wieczory.

Cel postawienia Wełtawskiej Kaskady był dwojaki: po pierwsze, produkcja energii. Po drugie, akumulacja ogromnych ilości wody i ochrona przeciwpowodziowa. To ogromne dzieło techniczne, jak już wspominałam, powstawało właściwie przez większą część dwudziestego wieku: pierwsze tamy i zbiorniki powstały jeszcze za I Republiki, kolejne budowano za komunizmu, a ostatnie dwie dopiero w latach 90. To trochę także znak czasów: razem z moim Honzą doszliśmy do wniosku, że przy obecnych przepisach dokonanie tak wielkich inwestycji byłoby bardzo trudne, i administracyjnie, i politycznie, i finansowo. Za komunizmu, kiedy postawiono większość tam, podchodzono do takich rzeczy trochę inaczej; władza autorytarna po prostu postanawiała o realizacji danego projektu i projekt się dział. Bez protestów ekologów (nie oceniając, czy bywają one słuszne, czy nie).

Elektrownie wodne na Wełtawskiej Kaskadzie potrafią w ciągu kilku minut dostarczyć do sieci do 750 MW. Elektrownie, szczególnie Orlík, Slapy i Lipno, nie służą jednak jako stałe źródło energii. Wykorzystuje się je jako źródła szczytowe lub zastępcze, gdy popyt na energię jest szczególnie wysoki lub gdy inne źródło energii ulegnie awarii.

Kaskada jest w stanie całkowicie zatrzymać powódź dwudziestolecia, jak mówią Czesi, czyli powódź, która występuje średnio raz na dwadzieścia lat oraz zmniejszyć konsekwencje większych fali powodziowych. Służy także przede wszystkim jako ochrona przeciwpowodziowa Pragi. Wpłynęła ona na samą rzekę: od czasu jej powstania zaniknęła tradycja spławu drewna Wełtawą, zmieniła się także jej temperatura: latem woda jest chłodniejsza, a zimą cieplejsza i np. w Pradze już nie zamarza (a wcześniej zamarznięta rzeka często służyła jako lodowisko).

W Kraju Środkowoczeskim znajduje się aż pięć tam będących częścią Kaskady. Warto przejechać się zerknąć np. na tamę Orlík, największą z nich wszystkich, aby zrozumieć, o jakim ogromie rozmawiamy. Wysokość tamy do dna to aż 81,5 m. Patrząc z dołu, robi dość piorunujące wrażenie. Dla nas, w kolejny upalny dzień, tama stanowiła miłe odświeżenie. Nie dość, że temperatura zrobiła się znowu znośna, to u jej stóp znaleźliśmy hospodę w starym, czeskim stylu – zero hipsterskiego owijania w bawełnę i sto procent smażonego sera, z cenami, które przypominały bardziej rok 2016 niż 2026.

Zamki, zamki i jeszcze raz zamki

Na sam koniec naszego podróżniczego odcinka nie mogę wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie podróżowania po Czechach. Z jednej stron jest on powszechnie znany – chodzi oczywiście o zamki i pałace. Jak wspominałam, nas to także nie ominęło. Na początek powiem, że takie zwiedzanie Czech: aktywne łażenie szlakami do zamków i pałaców i zwiedzanie ich wnętrz to bardzo popularny sposób podróżowania w Czechach. Przy takich atrakcjach spotkacie naprawdę masę turystów – dlatego moim protipem będzie raz, że wcześniejsza rezerwacja biletów (często można to zrobić online), a dwa: rezerwacja na najwcześniejszą możliwą godzinę. Udało mi się w ten sposób zwiedzić Křivoklát w grupie trzyosobowej plus pani przewodniczka – a wierzcie mi, że takie zwiedzanie niemal solo to zupełnie inne doświadczenie niż łażenie z 40-osobową grupą.

Jak najlepiej zwiedzać zamki?

Zamki zajmują szczególne miejsce w czeskiej kulturze. Na mapie znajdziecie ich naprawdę mnóstwo – ale obecne są także w tekstach kultury: w książkach, filmach, muzyce i, przede wszystkim, w bajkach. Właściwie każdy chyba odwiedzony przez nas podczas tej podróży zamek grał w jakimś filmie lub bajce, nierzadko wielokrotnie; wiem, że dla polskich turystów nie jest to aż tak istotne, bo nie znają lub nie są tak emocjonalnie związani z czeskimi bajkami, ale dla Czechów jest to niemała gratka. Jest to też w pewien sposób związane z dość, mam wrażenie, szczególnym podejściem Czechów do własnej szlachty. Wyprowadźcie mnie z błędy, jeśli teraz palnę głupotę, ale wydaje mi się, że to jest coś, co zdecydowanie odróżnia nas od naszych południowych sąsiadów. Może ma to związek z tym, że akurat ten aspekt ideologii komunistycznej przyjął się w Polsce bardziej, a może trzeba by sięgnąć głębiej do tego, jak polska szlachta męczyła polskich chłopów, z których to, nie oszukujmy się, w ogromnej większości się wywodzimy. Nie wiem. W każdym razie w Polsce nie spotkałam się z takim uwielbieniem szlachetnych rodów, jaki widzę w Czechach. Objawia się to wszelako: na przykład obecnością specjalnych programów dokumentalnych wyłącznie o rodach szlacheckich w ramówce czeskiej telewizji czy istnieniem partii monarchistów, którzy, co prawda nie dostają się do parlamentu, ale działają i cały czas lobbują za powrotem do monarchii. Osobiście znam osoby, które otwarcie przyznają się do głosowania na tę partię i życzyłyby sobie powrotu Habsburgów na czeski tron. Zresztą, to uwielbienie do monarchy i jego postaci przeżyło w pewnej formie także w każdym czeskim urzędzie, gdzie dawne portrety  monarchy zamieniły się w portrety miłościwie panującego prezydenta. Czy to dziwne? Nie wiem, ale jak się pierwszy raz człowiek znajdzie w czeskim urzędzie, może się trochę zszokować.

Pałace: Dobříš i Mníšek pod Brdy

W Kraju Środkowoczeskim zamków i pałaców, jak się możecie domyślać – nie brakuje. Warto odwiedzić najsłynniejszy chyba i wspomniany już Karlštejn i Český Šternberk, ale zapomnieć nie można także o nie mniej fascynującym Křivoklácie i Konopišti. W każdym podczas zwiedzania z nich poznamy historię zamieszkujących tu rodów szlacheckich; zresztą podobnie jak w przypadku kolejnych pięknych pałaców, które warto odwiedzić dla wnętrz, historii rodzinnych lub pięknych ogrodów: pałacu Dobříš i Mníšek pod Brdy. Oba można zwiedzić, a w tym pierwszym nawet zanocować, ponieważ dziś, między innymi, znajduje się w nim hotel.

Powoli docieramy do końca naszego wędrowania po Kraju Środkowoczeskim. Mam nadzieję, że zachęciłam Was do wyściubienia nosa poza Pragę podczas Waszej kolejnej podróży do Republiki Czeskiej. Do usłyszenia następnym razem!

M.

Ten wpis powstał we współpracy z Czeską Organizacją Turystyczną.

Wpis jest dostępny w postaci odcinka podcastu Czeskie Radio, dostępnego na Spotify i YouTube.