Bez kategorii, Czechy praktycznie, Gdzie zjeść

Czeska restauracja w Poznaniu

Czeska knajpa niby nie ma w sobie niczego nadzwyczajnego – niektórzy powiedzieliby, że hospoda wręcz wyróżnia się tym, jak zwykła jest. Otwarta w ogrodzie, garażu, na podwórzu, niedoczyszczona, niedopieszczona – ot, przestrzeń, którą ktoś postanowił wykorzystać, wystawić parę krzeseł i sprzedawać piwo, które zazwyczaj tańsze jest od wody i leje się z kija niczym strumień, i obiad, złożony z rozmrożonych knedli i mięsnej omačky.

Powyższy opis moglibyście z powodzeniem zastosować w opisie hospod – może niekoniecznie tych w centrach miast – ale tych bardziej lokalnych jak najbardziej. Dlatego taką ciekawością napawają mnie zawsze wizyty w czeskich knajpach w Polsce.

Dlaczego? Ano dlatego, że u nas nierzadko ludzie lubią się pokazać, pochwalić, zastawić a postawić– byle tylko zrobić dobre wrażenie. Odwiedzając różnego rodzaju restauracje nierzadko miewam odczucie pewnego nieprzystosowania i niedopasowania. I to właśnie nastręcza pewien paradoks.

Elegancja kontra zwyczajność

Jak połączyć elegancję i szyk z naturalnością i zwyczajnością?

Odpowiedzieć na to pytanie łatwo nie jest – a odpowiedź wdrożyć w życie, jeszcze trudniej. Dość powiedzieć, że mało kto odnosi na tym polu sukces. Jak to wygląda w Poznaniu?…
Jakiś czas temu odwiedziłam restaurację Dřevný Kocůr, z której wyszłam choć najedzona, to jednak niezachwycona – więc tym razem postanowiłam odwiedzić inny czeski przybytek w Poznaniu, których, jak się okazuje, nie brakuje (za sobą mam dwie wizyty, a czeka mnie co najmniej jeszcze jedna!).

Pyšna Chalupa– bo tak nazywa się ta czeska restauracja, faktycznie jest restauracją. To znaczy wygląd, choć dość swojski i przyjazny, jest całkiem elegancki, a jednak jego szykowność nie kłóci się ze swojskością. To od razu sprawia, że chce się usiąść przy jednym z drewnianych stolików. Uroku dodają piwne tanki – lokal to bowiem spod znaku Pilsnera, który chwali się, że do knajpy piwo dowozi prosto z browaru – stojące pośrodku sali. Obsługa miła, a pan kelner zdał nawet test svičkovej – czyli po jej zamówieniu nie dopytywał się, o które danie z karty mi chodzi.*

Języki w restauracji nie tylko do jedzenia

Jeśli zaś już przy językach jesteśmy, warto wspomnieć, że menu Pyšnej cierpi na dokładnie tę samą przypadłość, co karta Kocura, mianowicie – jest napisane w nieistniejącym języku, nie będącym ani polskim, ani czeskim. Rozumiem, że przebywając z Czechami czasem można się zagubić, w jakim języku właściwie się rozmawia; nie mniej jednak, jak ktoś zakłada knajpę, to powinien uzbierać też na tłumacza. Gwarantuję – ten z pewnością poradziłby sobie z rozróżnieniem jednego od drugiego.

Siłą rzeczy pojawiają się dalsze porównania z Drevnym Kocurem – szczególnie, że sporo punktów wizyty zaskakująco się nakłada. Otrzymaliśmy dokładnie taką samą przystawkę: kiszoną kapustę z ogórkami (równie smaczną!), w karcie są również takie same desery (włoskie!), a na koniec tak samo częstuje się gości kielonkiem owocówki (fajny pomysł!). Niestety nie znalazłam informacji na temat właścicieli – jest to więc albo kopiująca rozwiązania konkurencja albo druga knajpa tych samych ludzi, którzy stosują te same rozwiązania w obydwu swoich przybytkach.

Test svičkovej

Dobrze, dobrze, wszyscy głodni – przechodzę więc do konkretów. Jedzenie było w miarę smaczne – o ile możemy sądzić po konsumpcji dwóch dań – kotlet z sałatką ziemniaczaną i sadzonym jajkiem naprawdę udany, przyciągał wzrok i zdołał napełnić żołądek lubego mego (a to już całkiem spore osiągnięcie!). Zamówiona svičkova niestety nie była tak udana, a jej mankamenty zadziwiająco przypominały te z Kocura: sos był raczej wariacją na temat niż faktyczną svičkovą omacką, kapusta zdecydowania przesłodzona (odeszła mi ochota na deser…), a całość nie powalała na kolana.

Aspektem, który trzeba pochwalić, jest piwo. Piwo było naprawdę dobre – a dodać trzeba, że knajpa nie zadowoliła się tylko sprowadzeniem piwa z Czech, serwują je bowiem na 3 różne sposoby: hladinka (pod linię), mliko (z dużą ilością piany), cochtan (bez piany, nagazowany) oraz piwo řezane, czyli jedyny dopuszczalny czeski koktajl piwny – łączone piwo jasno-ciemne. Tego trzeba spróbować!

W żołnierskich słowach – wizyta udana, jedzenie obfite i dość dobre, piwo na plus – tylko ceny wysokie, najmniej czeskie ze wszystkiego. Za lokalizację (róg Starego Rynku) się jednak płaci. Porównując z Kocurem – jedzenie na podobnym poziomie, nastrój jednak mniej hipsterski, a przez to bardziej pasujący do tematu przewodniego. Stawiam jednak to samo pytanie, co po wizycie u konkurencji – czy to z Czechami coś wspólnego właściwie ma?…

Wizyta zaliczona – następna w kolejce czeka nas Česká Hospoda, relacja na blogu zapewne już wkrótce!

Marta

*W Dřevnym Kocurze po zamówieniu svičkovej musiałam kilkukrotnie powtórzyć nazwę, bo pani najwyraźniej słyszała ją pierwszy raz w życiu, właśnie ode mnie, a gdy to nie pomogło – pokazać palcem w karcie, o jakie danie mi chodzi. Z czystej i wrodzonej ciekawości postanowiłam zamówić to samo danie i tutaj, by przekonać się po pierwsze, czy znają nazwy swoich dań, a po drugie – czy umieją je gotować.

**Jeśli interesuje Was strona restauracji (można podejrzeć menu), klikajcie w linka.