Myślodsiewnia

United we stand, divided we fall

Żadne słowa, wypowiadane przy różnych okazjach, nie wywołały we mnie ostatnio takiego rezonansu. Podobnoż autorstwa Ezopa, pojawiają się nawet w Biblii. Tak, to ciekawy początek nowego posta.

Zainspirowało mnie kilka wydarzeń.

Po pierwsze, lęk. Fala wzbierającego nacjonalizmu. Już to pewnie wiecie – nie należę do fanów nacjonalizmu. Osobiście uważam, że jest to idea o tyle utopistyczna i fikcyjna, co realna. I choć być może powyższe zdanie brzmi nonsensownie, zapewniam, iż tak nie jest.

Naród istnieje tylko wtedy, kiedy w niego wierzymy.

Oznacza to, że sam w sobie nie istnieje. Jednak jeśli zbierze się odpowiednio spora grupa ludzi i zacznie w niego wierzyć – jest to twór żywy, który ma jak najbardziej realny wpływ na nasze życie. Twór plastyczny, twór będący przedmiotem walki politycznej, twór tworzony przez ludzi i ludzi tworzący, zaiste fascynujący.

Pojęcie ojczyzny, wspólnoty językowo-historyczno-kulturowo-politycznej jest prawdopodobnie największym i najstraszniejszym wynalazkiem nowoczesności. Dzięki pojęciu narodu ludzie walczą, zabijają i poświęcają rzeczy, które są im najdroższe. Niektóre narody rzeczywiście stworzyły państwa, nierzadko to jednak dopiero twór państwowy wytwarza naród. Przykładu szukajcie blisko – choćby za wschodnią lub południową granicą.  Pojawiło się tak naprawdę w momencie, gdy zawiodły wielkie systemy religijne, np. chrześcijaństwo. Nowoczesność ujarzmiała władze kościelne, dając ludziom wykształcenie, choćby podstawowe, ale jednocześnie tych samych ludzi pozbawiła odpowiedzi na tak podstawowe pytania, jak te o sens życia. Musiała coś im dać w zamian.

Dała wiarę w wymyślony twór narodu.

Czy jednak państwa narodowe naprawdę stanowią najlepszą odpowiedź na ulotność życia i jego bezsens? Czy brak odpowiedzi na to pytanie jest tak dojmujący, że nadal będziemy się zabijać w imię pustych słów i kolorów jednej albo drugiej flagi?…

Nothing to Fear but Fear Itself

Po drugie, artykuł w jednym z wielkich hiszpańskich dzienników (Tak, mają więcej niż jeden. Ba, więcej niż dwa!), który możecie w oryginale przeczytać tutaj. W skrócie: Nothing to Fear but Fear Itself , czyli jak kultura strachu napędza nacjonalizmy w 6 krajach Europy. Pod lupę biorą Wielką Brytanię, Francję, Niemcy, Szwecję, Polskę i Hiszpanię właśnie. Z wszystkich tych krajów tylko (!) Hiszpania ucieka tej tendencji. Autorzy wskazują 3 główne powody wzrostu popularności prawicy: wysoką imigrację, kryzys ekonomiczny i brak zaufania do tradycyjnych partii. Hiszpania jest o tyle niezwykła, bo wygląda na największego entuzjastę europejskości, która wciąż jest synonimem nowoczesności i laickości. Żywe wspomnienia reżimu Franco, którego bezpośredni świadkowie wciąż jeszcze żyją, wykluczenia z UE i zacofania. a także obecność innych nacji w samej Hiszpanii sprawiają, że Hiszpanie wciąż bardzo wierzą w europejskość, a hymn, flaga i nawet samo słowo „Hiszpania” kojarzą się co najmniej ambiwalentnie. Terroryzm nie robi takiego wrażenia, bo terroryzm Hiszpanie znają z własnego podwórka i wiedzą doskonale to, czego mózgi polskich nacjonalistów nie są w stanie pojąć: że muzułmanin nie równa się terroryście. Imigrantów nie nazywa się zagrożeniem, bo przenoszą zarazki, a świadomość mowy nienawiści, ksenofobii, seksizmu czy homofobii jest o wiele większa, nawet wśród klasy politycznej. Hiszpanie w większości są poglądów centrolewicowych.

Po trzecie, pragmatyzm. Pragmatyzm każe nam pomyśleć: nie jesteśmy wcale potęgą. W naszym zasranym interesie jest pozbawić nacjonalistycznych zachcianek Niemców, Francuzów i inne wielkie kraje Europy – bo inaczej nas zjedzą. Zjadały już nie raz. Zjedzą ponownie, bo tak naprawdę i w głębi zawsze chodzi tylko o jedno – pieniądze. Wytrącenie z rąk argumentu narodowego i tworzenie wspólnoty jest jakąś odpowiedzią na zagrożenie płynące z poszczególnych interesów pojedynczych krajów, które w dodatku osobno, a razem jeszcze bardziej, są silniejsze niż my. To proste jak budowa cepa. A zrozumieniu tego bronią nam jakieś idealistyczne, wysnute po pijaku mrzonki o pseudopatriotyźmie.

Co po nacjonalizmie?

Tak więc nacjonalizm – nie. Co po nacjonalizmie?

I to jest pytanie, na które powinniśmy próbować odpowiadać. Globalizm nie jest bajką, wielkie korporacje nierzadko bywają bądź silniejsze same w sobie od niejednego rządu, bądź są przedłużeniem polityki silnych rządów jednego lub drugiego państwa. To są zagrożenia, realne zagrożenia, nad którymi należy się zastanowić.

Zamiast tego wspominamy pierdyliardową miesięcznicę katastrofy lotniczej.

pozdrawia wkurzona,

alfa