dobre życie, Myślodsiewnia

Brudnopis #@!!!??//3#.

Kochani Moi,

którzy wciąż jeszcze tutaj zaglądacie. Wokoło w blogosferze co i rusz wyskakują niczym grzyby po deszczu posty podsumowujące rok 2016 i planujące ten nadchodzący, 2017. Szczerze przyznam, że do niedawna nie byłam zwolenniczką czynienia postanowień noworocznych, a potem ich niedotrzymywania i marudzenia na ten temat na każdym kroku. Być może wiązało się to również z tym, że starałam się swoje marzenia realizować na bieżąco, by nie musieć na początku roku zastanawiać się, czego właściwie chcę.

W tym roku ten czas jednak zbiegł się z takim momentem w moich życiu, gdy jak najbardziej mogę i chcę zrobić podsumowania i snuć plany. Skonfrontowałam się jakiś czas temu z jednym z największych moich marzeń o życiu zagranicą, które trochę rozbiło się o pecha, a trochę o moją wytrzymałość psychiczną. Pozbieranie okruchów tego marzenia i znalezienie sensu w tym wszystkim trochę czasu zajęło – ale mogę chyba powiedzieć, że już jest dobrze. Mogę więc trochę napisać o tym, czego się w tym wszystkim nauczyłam.

#Polacy to absolutni pracoholicy. Naprawdę. Wskażcie mi jednego, który by nie był! Przynajmniej w moim kręgu i wśród ludzi, których spotykam, odsetek jest bardzo wysoki. Priorytet, jaki ma praca – a może czasem słowo pracę można by zamienić na wynik-pieniążki na koncie – jest ogromny. Jasne, czasem ta etyka pracy jest godna pochwały. Wielu ludzi podziwiam za wytrwałość i poświęcenie. W niektórych przypadkach przybiera to jednak niezdrowy wymiar. Liczy się tylko wynik. Środki i cena, jaką za to płacimy, nie jest istotna.

#odpoczynku trzeba się nauczyć! Odkrycie roku 2016. Od zawsze uważałam się raczej za lenia, gorąco wspierana w tych podejrzeniach przez rodzinę, która nieustannie narzekała na moje nieróbstwo i bałaganiarstwo. No więc wyobraźcie sobie, że będąc leniem, można nie umieć odpoczywać! Najgorsze jest bowiem nie dać sobie porządnie popracować, by potem nie umieć porządnie odpocząć. Jak się okazuje, jedno jest ściśle związane z drugim. Poczucie dobrze spełnionego obowiązku to brama niebios relaksu.

#podejmowania wyborów też trzeba się nauczyć. Teorię niby zna każdy, ale dopiero teraz tak wyraźnie widzę, że jestem, gdzie jestem, bo tam sama się zaprowadziłam. Oczywiście pod wpływem, dobrym czy też nie, innych ludzi. Najtrudniej chyba jest pojąć, czego właściwie się chce. Dopiero powoli zaczynam to rozumieć. Dopiero powoli zaczynam kreślić plan. Bo ciężko jest wędrować w stronę spełnienia swoich marzeń, jeśli nie wie się, czym one właściwie są.

A plany na 2017?

#wyrzucić z kalendarza przynajmniej kilka pozycji. Tak, moim głównym planem na 2017 jest pozbawienie się zajęć! Brzmi to cokolwiek zabawnie w kontekście okresu, w którym tyle ludzi wymyśla, co właśnie będzie robić, ale właśnie to powinnam zrobić. Chciałabym zrobić. Zrobię. Choć wyrzucenie z kalendarza nauki rosyjskiego i przynajmniej w części, nauczania języków obcych, boli. Och, jak boli!

#jeśli uda mi się, tfu! Kiedy uda mi się zrealizować pkt. 1, będę miała więcej czasu na dokończenie mojej powieści. Wreszcie. To jest priorytet nr 1.

#joga. bez komentarza.

Post wymaga zakończenia, bo zrobiło się trochę zbyt osobiście, a nie temu przecież ma służyć blog. Dzisiejszy wpis potraktuję jednak jako brudnopis – coś, do czego wrócę w przyszłym roku i z uśmiechem wymażę połowę pomysłów 😉 Czego można się spodziewać na blogu?

Cóż. Jako że nie mieszkam już w Czechach, prawdopodobnie treści typowo czeskich będzie mniej. Nie oznacza to jednak, że nie będzie ich w ogóle. To temat rzeka, o którym pisanie sprawia mi wielką radochę, co pewnie widać, natomiast czasem nie czuję się na tyle doinformowana, by ośmielić się opowiadać, a i tematów trochę mniej, kiedy naocznie nie doświadczam kultury na co dzień. Jako jednak, że moja praca po części związania jest z językami obcymi, w szczególności z hiszpańskim, prawdopodobnie obok serii czeskiej pojawi się też trochę o Hiszpanii. W planach na 2017 jest bowiem lekkie zacieśnienie związków z Hiszpanią.

Będzie też na pewno coś o kinie. Zostałam szczęśliwą posiadaczką karty Unlimited na nieograniczone oglądanie filmów w Cinema City, co zapewne przełoży się na ilość skłębionych myśli przelewanych na klawiaturę komputera związanych z tym tematem. Skoro o kinie, to i o książkach, bo w moim małym świecie to dwie i nierozerwalne strony tej samej monety. Planuję rozpocząć serię od wpisu o Gwiezdnych Wojnach, także niech Moc będzie z Wami i wpadajcie po trochę gwiezdnych historii niebawem.

Będzie też publicystycznie i społecznie. Nie temu miał służyć pierwotnie blog, ale nie mogę się powstrzymać – w przeciwnym wypadku moja nauczycielska dusza będzie cierpieć. Tak więc powstanie coś na kształt przemyśleń dziewczyny znad czerwonej walizki, czasem w celu sklarowania własnych poglądów i przemyśleń, czasem w celu wyplucia żółci zbierającej się po słuchaniu rasistowskiego i prawicowego hejtu w życiu codziennym.

Mam nadzieję, że się w tym 2017 roku jeszcze zobaczymy 🙂

alfa

 

  • Nie zgodzę się z tym, że Polacy to pracoholicy. Ja bym to nazwał syndromem niewolnika, czyli taki stan, w którym na siłę siedzi się w pracy byle tylko udowodnić swoją lojalność i przydatność w firmie. Niejednokrotnie spotkałem się z osobami, które odpisują na służbowe maile dosłownie w ciągu kilku minut bez względu na porę dnia, czy dzień tygodnia. Albo są przywiązane do służbowej komórki 24/7 mimo tego, że pracodawca wcale tego nie wymaga. No ale jak dla mnie to takie próby pokazania „jestem kimś” i próby udowodnienia (głównie samemu sobie) jak ważnym się jest dla firmy. I bardzo współczuję osobom, które nie potrafią zostawić pracy w pracy.
    Po za tym ilość czasu spędzanego w pracy wcale na przekłada się na wydajność, bo Polacy zaraz po Rosjanach są najmniej wydajnymi pracownikami biorąc pod uwagę całą Europę. Jeśli w czasie pracy załatwia się prywatne telefony, odpisuje się na prywatne maile, robi co chwila przerwy to na kawkę, to na papieroska i aktywnie uczestniczy w życiu na portalach społecznościowych, no to nie ma siły – trzeba zostawać po godzinach. Ale to wcale nie świadczy o pracoholizmie, a bardziej o braku priorytetów i zorganizowania.

  • Cześć!

    Faktycznie, częściowo masz rację – niestety osób, które w pracy żyją od kawki do obiadku, od obiadku do przerwy na fejsa i od przerwy do późnych godzin popołudniowych, kiedy wychodzą w końcu styrani po pracy (ale nie pracą:p) – znam sporo. Niezmiennie działają mi na nerwy.

    Tych drugich także! Ale chyba nie spotkałam się jeszcze z modelem mieszanym. To znaczy, osób, które odpisują na maile i są pod telefonem non-stop, jest wiele, ale ja mam wrażenie, że to czasem przybiera formy jakiegoś dziwnego nałogu. Takie osoby często naprawdę poświęcają się pracy w 99% i robią bardzo dużo. I tak, w tej mentalności jest coś z niewolnictwa. No i oczywiście nie są tak efektywni, jakby byli wypoczęci i zrelaksowani. Wszystko ma swoją cenę. Brrrr.

    O braku priorytetów i zorganizowania moich (z wyjątkami) wszelakich szefów nie będę się wypowiadać, bo musiałabym użyć wielu niecenzuralnych słów.

  • „odpoczynku trzeba się nauczyć” – bezcenne. Ja też nie umiałam i nawet nie wiedziałam, że nie umiem. Na szczęście „zagranica” nauczyła mnie tej złotej umiejętności 🙂
    Odwagi i siły w realizowaniu noworocznych postanowień!

  • Dzięki! Właśnie najważniejsze to uświadomić sobie, że się nie wie. Potem juz z górki. Tobie również! 🙂