Myślodsiewnia

TOP 5 Polski

Głupio zaczynać kolejną próbę napisania posta słowami: minęło tyle czasu…

Rzecz, której naprawdę nie znoszę u blogerów, nawet tych, których podziwiam i uwielbiam, są posty przepraszające. Posty pisane z wyrzutów sumienia. Posty, z których aż piszczy: „nie chce mi się!”. Posty z wyliczanką powodów, dla których na blogu od miesiąca/dwóch/pięciu nie pojawił się żaden tekst, żadne zdjęcie, żadna wzmianka.

Cóż.

Nie było mnie, to znaczy, że albo nie było tematów albo czasu albo sił. I tyle.

Dlatego dziś o tym, jak pięknie żyć jest w swoim własnym mieście. Właściwie dlaczego pisanie o Polsce miałoby być mniej interesujące niż pisanie o Czechach, zwłaszcza, jak się doda do tej mieszanki szczyptę perspektywy obcokrajowca? Przyznajcie szczerze, że w poprzednich wpisach i tak najbardziej interesowało Was, co Czesi mieli do powiedzenia o nas, a nie odwrotnie.

Ale zanim zacznę o to rozpytywać znanych mi obcokrajowców o takie intymne szczegóły, postanowiłam stworzyć listę 5 rzeczy, które w Polsce uwielbiam ja.

Taka sobie subiektywna lista, a kto mi zabroni.

  1. INTERNET DOSTĘPNY WSZĘDZIE

Dobra, dobra, naprawdę nie jestem uzależniona. Ale mamy 21 wiek, na Boga. Dlaczego posiadanie internetów tego świata w komórce miałoby być luksusem, a nie miłą oczywistością? Okazuje się, że w wielu krajach jest niestety tym pierwszym. Ale nie w Polsce. Tanie pakiety danych, wiele punktów darmowego WI-FI (np. w komunikacji miejskiej) uważam za rzecz banalną, a jednocześnie wspaniale użyteczną. I nieoczywistą, jak się okazuje. Niech żyją internety tego świata!

  1. JEDZENIE

W tym prostym, a jakże głębokim słowie znajdziemy wszystko: suto zaprawione słoniną i śmietaną pierogi od babci, schabowego z duszonymi pyrami, pomidorową z domowym makaronem, gołąbki z sosem pomidorowym, bigos i jeszcze nawet śledzie w cebulce. Palce lizać. Kilogramy liczyć.

Ale w tym słowie znajdziemy też dziesiątki, jeśli nie setki egzotycznych przypraw, o które wcale nie tak trudno w naszych sklepach, tuż obok, czasem za rogiem. Kuchnia w Polsce nie jest oczywista. To znaczy, oczywiście można ją rozumieć tylko z perspektywy wspomnianego schabowego, ale dzisiejsza kuchnia, rozumiana jako to, co jemy, to kilka naprawdę fajnie prowadzonych blogów kulinarnych, setki pomysłów, jak tę kuchnię urozmaicić, no i to, co najważniejsze: składniki na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj jada się raczej zdrowo, raczej smacznie, raczej nowocześnie. I nie jest to niemożliwe, nawet przy skromniejszym budżecie.

Co jeszcze uwielbiam w polskim jedzeniu?

Nie jest jeszcze tak bardzo uprzemysłowione. Polska kuchnia to wciąż klocki, z których należy mozolnie, jeden po drugim, układać w bardziej złożone dania; te zagraniczne (oczywiście nie wszystkie, ale myślę tu np. o Hiszpanii) to bardziej gotowe zabawki, które podgrzewa w mikrofalówce lub ewentualnie przemiesza w garnku i dosypie proszku.

  1. KINO

Tanie kino. Po prostu. Takie niby nic, a w Czechach w kinie byłam bodajże raz, a i tak było to nadwyrężenie domowego budżetu. Niech żyją tanie środy/poniedziałki w odpowiednich multipleksach!

  1. PROSTOTA

To dość skomplikowany temat. Właściwie prawdopodobnie nikt, kto się u nas nie urodził, nie zrozumie. Bo nie ma tutaj czego chwalić, czego gloryfikować. Tę swojskość, tę prostotę – to się po prostu kocha. Nie koniecznie rozumie, bo czasem ona rozbawi, czasem przerazi januszowością, a czasem wręcz odrzuci, nie można jednak zaprzeczyć, że bez niej życie straciłoby urok. No, podnieść rękę, kogo nie bawi jazda PKSem? Kto nie lubi choć czasem przejechać się Przewozami Regionalnymi?

Osobiście wręcz przepadam za tymi podróżami w swojskość, nie daleko, PKSem, do okolicznych wsi i wiosek, do świata, który oddalony od mojego jest pewnie o setki, jeśli nie tysiące kilometrów, mimo, że leży niemal za rogiem.

Trochę mi to zawsze przypomina, ile tracę, żyjąc w dużym mieście. Trochę pomaga wrócić do „przyrody”. Trochę porusza serce, bo przypomina, skąd jestem. I dokąd chcę wrócić.

Trochę to jak przewracanie kolejnych kartek opowieści, naszej opowieści, mojej opowieści, dlatego tak bliskiej, chociaż tak odległej.

  1. KNAJPY

Knajpiane życie niby niekoniecznie fajne, no – chyba że w Polsce. Ostatnimi czasy jak ulęgałki pojawiły się knajpy, knajpki i restauracyjki, które wyglądają niczym wyjęte z francuskich powieści. Piękne, dopracowane, jakby z filmowego planu wyjęte, a przy tym – niedrogie i pyszne! W moim rodzinnym mieście tego typu przybytków jest naprawdę sporo, a każdy jeden zachwyca bardziej.  Być może Wam je kiedyś choć trochę przybliżę, bo szlak kulinarny Poznania wart jest postawienia na nim stopy.

A co Wam najbardziej się podoba w życiu w Polsce? Co Was oszałamia? Co zachwyca? A co Wam niepomiernie gra na nerwach, mimo, że wiecie, że bez tej rzeczy żyć by nie można?

alfa

 

  • Pierwsze co przychodzi mi do głowy, to bankowość. W Polsce bankowanie jest śmiesznie tanie – mamy darmowe konta, przelewy, karty. Banki pracują na nowoczesnych systemach, oferują dostęp do konta i przez internet, i mobilnie. Przelewy między bankami idą błyskawicznie. W Czechach, na Węgrzech czy Słowacji samo prowadzenie konta kosztuje od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych miesięcznie, po za tym bank pobiera opłatę za każde pierdnięcie – za przelewy wychodzące, za przelewy przychodzące, za wypłaty gotówki nawet z własnych bankomatów, za karty płatnicze, a nawet za transakcje tymi kartami. Bankowość internetowa wygląda tak jak ta nasza 10 lat temu i ogranicza się praktycznie do możliwości zrobienia przelewu. A przelewy potrafią iść i po kilka dni. W Polsce kartą można zapłacić praktycznie wszędzie, i nawet bez specjalnych starań można spokojnie przeżyć bez gotówki, u sąsiadów gotówka to podstawa, karty fanaberia, choć bardzo powoli zaczyna się to zmieniać.

    Drugie, to sieci komórkowe. I znowu, porównując z sąsiadami to nie dość, że mamy tanio, to jeszcze usługi są znacznie lepszej jakości. W Czechach i na Słowacji pokrycie jest kiepskie, a mobilny internet wręcz tragiczny. Poza głównymi miastami do dyspozycji jest głównie EDGE, czasami nawet GPRS, tymczasem w Polsce 3G to minimum. A ceny pakietów internetowych są kilka razy wyższe.

  • Z ust mi to wyjąłeś! Aż dziw, że zapomniałam wspomnieć o bankach. Ale mam bardzo podobne doświadczenia, i jeśli chodzi o banki, i o komórki. Drogo i kiepsko. Pamiętam, jakie ni to zażenowanie, ni to rozbawienie wywołała we mnie reklama czeskiego banku, który oferował aż (uwaga!) 3 darmowe wypłaty z bankomatu na miesiąc. Szczyt hojności.

  • Mnie najbardziej wkurza, że w większości czeskich sklepów internetowych można zapłacić jedynie czeskimi kartami (ze względów szeroko pojętego bezpieczeństwa rzecz jasna). Z resztą, z biletami do kin czy na koncerty rezerwowanych na koncerty jest podobnie – tylko czeskie karty. Po sześciu latach posiadania konta w czeskim banku, w dalszym ciągu nie mam pojęcia jak realizowane są przelewy międzybankowe, ani ile taki przelew będzie szedł. Raz dzień, raz trzy, reguły nie ma, a nawet jeśli jest, to stanowi tajemnicę nawet dla pracowników banku. W Polsce z bankiem większość spraw da radę załatwić przez telefon, tam wizyta w oddziale jest niezbędna przy każdej pierdole.

    Myślę, że czasami nie doceniamy jak łatwo żyje nam się w Polsce… No, ale to są smaczki, który zwykły turysta nie doświadczy…

  • Nie wspominając o kosztach przelewów zagranicznych, które są po prostu horrendalne… Dokładnie tak.